Selva

Tak więc rano spod hostelu odebrał mnie samochód. Zawieźli mnie do jakiejś wioski za Puerto Lopez. Tam spotkałem przewodnika - młodego chłoposzka, który po angielsku nie mówił, lol. Więc jakoś musiałem próbować go rozumieć po hiszpańsku. Co jest o tyle trudniejsze, że Ekwadorski akcent jest trudny. Nie wymawiają słów do końca i tak beblają.

No więc ruszyliśmy do dżungli. Początek szlaku jest turystyczny, z niektórymi drzewami opisanymi. Ale później już jest czysta dźungla ze ścieżkami błotnymi.


Tam chyba połowa roślin jest przydatna. Albo daje owoce, albo ma lecznicze właściwości.


jakiś niedojrzały owoc. Twardy jak kamień.

jakiś kwiat:

jakieś owoce:

jakiś zgnity owoc:



to było coś co rosło przy ziemi. Jak się rozłupało maczetą, to można wypić tą galaretkę; podobne do mleka kokosowego




wiedziałem, że pomarańcze będą, ale jak zerwałem takie mniejsze zielonkawe kulki to się okazało, że to mandarynki. Od europejskich mutantów różnią się tym, że są smaczniejsze i mają o wiele więcej pestek.

tak wygląda drzewo mandarynkowe:

pomarańcze:

nie pamiętam jak to się nazywa, ale ten biały mech można zlizać i smakuje jak banan, lol:

Poza tym po drodze było widać różne dziwne ptaki - tukany itp. Szukaliśmy też małp, ale niestety nie znaleźliśmy. Aż takiego błota to nigdzie nie widziałem - wsysa jak ruchome piaski.

Po powrocie zjedliśmy obiad w czyimś domu, tzn kobitka ugotowała w swoim domu. Widocznie agencja jej płaci.

Następnym razem muszę jechać do amazońskich lasów, tam musi być dopiero ciekawie :>

Scorpiox 06.11.2013, 19:36

No tak w Amazonii to jeszcze Cię nie było