Cañon del Colca

Jest to drugi najglebszy kanion na swiecie.  Trzeba bylo wstac o 3
rano, zeby rano byc na Cruz del Condor i miec szanse zobaczyc kondory
andyjskie. Nam sie udalo. Przewodnik tez troche o nich opowiedzial. W
calym kanionie jest ich tylko ok 25 i zyja nawet 50 lat chyba. 



kondor

Potem
pojechalismy pod Cabanaconde i stamtad juz poszlismy schodzic w dol
kanionu, co zajmuje jakies 2 godziny. Kanion jest mega gleboki i zadne
zdjecie tego nie odda. W sumie to normalnie sa mega gory po dwoch
stronach rzeki. Nawet osniezone niektore. Tak wiec w mojej grupie bylo kilka ludziow z francji, hiszpanii i holandii. Przewodnikiem byl taki chloposzek Fidel. Mowil ze zeby zostac licencjonowanym przewodnikiem trzeba studiowac 2 lata, nauczyc sie przynajmniej 2 jezykow obcych no i calej historii Peru. Wszystkiego o wszystkich kulturach.









No wiec zeszlismy na dol. Ja sie wyrwalem do przodu i na dole, przy moscie poczekalem. Okazalo sie niedlugo po tym ze Fidel mnie wzial do swojej grupy, a ja bylem przypisany do innej. Agencja po prostu sprzedala mnie innej agencji, ale rano rozne vany podjezdzaja i zabieraja z hosteli wszystkich na wyprawy 1-,2- i 3-dniowe. I dopiero na miejscu sie organizuja. Fidel wylaczyl telefon, a moj wlasciwy przewodnik probowal sie do niego dodzwonic i na mnie czekal ze swoja grupa jak my juz schodzilismy na dol. Tak wiec jest ciulem, bo wiedzial ze nie powinienm byc w jego grupie. No ale na moscie dolaczylem do wlasciwej grupy. 2 hiszpanow, 2 wlochow i 2 angoli no i Juan Carlos - guide. Na poczatku mi powiedzial ze pierwsza ekspedycja, ktora zbadala caly kanion i nim sie przeprawila byla polska. Jak zwykle wszedzie polskie slady :)

No wiec po przejsciu przez most bylo lekkie podejscie, przejscie przez miniwioske (oczywiscie przedsiebiorcze babuszki sa rozstawione w strategicznych punktach i sprzedaja wode i snacki) i przerwa na lunch w jakims mini-zajezdzie? mini-gospodarstwie? w kazdym razie dali zrec (wliczone w cene). Pôtem ruszylismy dalej, zarosnieta czescia kanionu. Wszedzie kaktusy i drzewa avocado. Na kaktusach jest taki bialy pasozyt, taki bialy mech jakby. Jak sie go zbierze i zmiazdzy to sie otrzymuje naturalny czerwony barwnik. Byl z tego mega dobry interes kiedys, zanim cwaniaki z duzych miast nie otworzyli plantacji kaktusow i nie zaczeli hurtowej produkcji. No i sztuczne barwniki tez weszly na rynek. Poza tym kaktusy daja tez owoce "tuna". Sa bardzo dobre. Inny rodzaj kaktusa, taki typowy z westernow - zielony i wysoki - daje podobne owoce, sencallo czy jakos tak. Sa kwasne, ale bardzo bardzo zdrowe. Jak sie zmiesza z pisco to sie dostaje drink o nazwie Colca sour, ktory nie szkodzi watrobie :o

tuna


Anyway, Juan pokazal tez po drodze osniezony szczyt i powiedzial, ze tam mozna znalezc szlak, ktory prowadzi do Cusco. Okoliczni wiesniacy chodzili nim dawniej z lamami towarowymi na handel z jedna prowincja Cusco. 2 tygodnie taka wyprawa. Teraz tez tam jezdza handlowac, ale juz autobusami.




oaza:

babuszka na osiolku



Po paru godzinach doszlismu do Oazy Sancallo. Z okolicznego wodospadu poprowadzono nawet wode do basenow. Ciekawe miejsce. Troche prymitywne. Jest tam w sumie kilka takich lodge`ow. Wszystko zbudowane z glinianych cegiel, kawalkow blach i sztachet. Pradu nie ma, jedynie bateria sloneczna, ktora nagrzewa wode na prysznic i tyle. Ale sa swieczki na szczescie. Zjedlismy kolacje i poszlismy spac. Pokoje nie mialy zamkow. Tzn byly to takie pokoje w szeregowym budynku. Kazdy wychodzil na zewnatrz. Przycisnalem drzwi butami. I dobrze bo w nocy cos probowalo wejsc mi do pokoju. Slyszalem za drzwiami osla chyba, ale tez psa. Przycisnalem drzwi plecakiem. Pies zaczal szczekac. wtf! jeszcze pary razy slyszalem jak cos probuje wejsc. Schiza. A rano zobaczylem psa spiacego pod drzwiami.




bar:


komnata

Jeszcze nie bylo nawet zupelnie jasno jak zaczelismy podchodzic z powrotem w gore kanionu. Byly to mordercze 2 godziny. 2 godziny pod gorke; nie bylo zbyt stromo, ale kurzowo i daleko. Jak tylko wszedlem na gore to sie okazalo ze bylem drugi na szczycie, inne grupy wyszly za nami, albo je minalem po drodze. Szybszy byl tylko jeden hiszpan. Oczywiscie na gorze czekala juz babuszka sprzedajaca prowiant. Kupilem szybko wode, bo skonczyla mi sie z pol godziny wczesniej, a babuszka dorzucila mi banana :D No, a potem pozostalo czekac. Niektore laski wjechaly na gore na oslach, a ostatni byli angole, szli ponad 3 godziny jak nie wiecej. No ale jakkolwiek. Nawet kondory przylecialy w tym czasie, i to dosyc blisko. Potem poszlismy przez kukurydziane poletka do Cabanaconde na sniadanie.

babuszka i jej sklepik:


kondor:



kukurydzowe pola

akurat byl dzien nawadniania!(sprytny system nawadniania maja tam):

restauracja, czyli po prostu jedzenie w jakims chlewie przerobionym pod turystow, gdzie jakas rodzina robi jedzenie:


tak z zewnatrz wyglada; takie lokalne jedzenie w miejscach, w jakich jedza localesi jest zawsze najlepsze:


Stamtad pojechalismy w strone Arequipy. Po drodze zahaczajac o punkty widokowe (na doline Colca, zanim przeksztalca sie w kanion i na wulkany - wszedzie dookola jakies szczyty to wulkany, niektore aktywne). Szosa nawet przebiega przez jeden stary mega krater, ale sie tego nawet nie dostrzega. Po drodze pasly sie tez lamy, alpaki no i nawet zobaczylismy dzikie vicuñie.

zanim Colca staje sie kanionem:


chcialem zdjecia z lama, a babuszka posadzila mi jeszcze orla na glowie:

minitarg. smutna alpaka chce umrzec:


dziewuszka karmiaca owce:

alpaki:

vicuñie:


droga wycieta przez wzgorza:


Scorpiox 26.10.2013, 19:19

Orzeł-bomba

pahadeemon 26.10.2013, 18:41

Ale czad. Brakuje tylko C. Eastwooda.

sveg 23.10.2013, 23:01

To byl behemot, albo jaki inny pustynny demon

Scorpiox 22.10.2013, 19:52

Osioł chciał z tobą spac?Pozazdrościc;>