back to Peru

Z Puerto Lopez pojechałem prosto do Quayaquil i od razu mi się udało złapać busa do Peru. Niestety tylko do Mancory. No ale trudno. Obliczyłem, że będę w Mancorze w środku nocy, ale to przecież miasteczko plażowo wypoczynkowe i cały rok jest ciepło więc nie powinno być problemów ze znalezieniem noclegu.

Przekraczanie granicy było tym razem dłuższe. Jakieś ciapaki nie ogarnęły sytuacji i nie poszły chyba wcale do podbicia paszportu. Tak więc już mamy odjeżdżać, a tu kierownik autobusu mówi, że mają wysiąść. Oni w ogóle nie rozumieli co się dzieje chyba i nie chcieli wyjść. Przyszli policjanci i im kazali wyjść z bagażami. No i potem czekaliśmy na nich ze 2 godziny. Pewnie nie mieli wizy i chcieli się po cicho przedostać, lol. Kolesie obok mnie w autobusie mówili też coś o płaceniu policji czy coś ale nie zrozumiałem dokładnie. No ale tak czy srak pojechaliśmy bez nich w końcu.

W Mancorze nie było wielu ludzi, ale znalazłem jakieś tanie hospedaje na głównej ulicy. I to bardzo tanio - 30 soli za własny pokój. Chociaż bez ciepłej wody. Rano chciałem jak najszybciej znaleźć autobus na południe, do Chiclayo. Ale tylko znalazłem nocny i to taki tani, bez klimatyzacji ani niczego. Tak więc na cały dzień utknąłem na plaży. Woda trochę zimna ale ludzi nie za wiele. Karaiby i tak najlepsze.

W Chiclayo znowu byłem w środku nocy. Znalazłem jakiś tani hotel w przewodniku i kazałem tam jechać taksówkarzowi. Coś tam mi mówił, że to niedobre miejsce, że zna lepsze - ale wiadomo że to zwykłe naganianie dla prowizji.

W Chiclayo trafiłem na procesję oczywiście. Takie mini boże ciało.


se pomyślałem - jest niedziela więc to normalna sprawa.
Ale w poniedziałek kolejną procesję widziałem. Tym razem Senor de los milagros. Jakieś grubsze święto to musiało być, bo wszędzie plakaty z tym widziałem itp.