back to eu

W sumie nawet nawet zapomniałem, że było halloween w dzień wylotu. Na lotnisku w Limie wszystko było wystrojone i łaziły jakieś przebierańce.

Poza tym utknąłem ze stówą Soli. Nie wymieniałem od razu, bo myślałem że może coś kupię przed wylotem, albo wymienię na koniec. Ale po przejściu przez kontrolę bezpieczeństwa, czyli punkt bez powrotu, nie było żadnych kantorów ani nic. :F co za ciule. No ale nie kupowałem nic, bo drogie wszystko i myślałem że w Sao Paolo na lotnisku se wymienię. A w Sampie dupa - też nie było kantorów. Beton. (Na heathrow nie słyszeli w ogóle o takiej walucie :F)

Lot przez Ocean (6 raz nad Atlantykiem przeleciałem i go nie widziałem jeszcze) był ciulowy. Jak takie niewygodne fotele mogli dać? Na szczęście samolot nie był zapełniony i obok mnie było miejsce, więc się mogłem rozwalić lepiej. Poza tym na początku lotu obsługa przeszła po samolocie z otwartymi puszkami jakichś robalobójczych sprejów, bo niby takie wymagania angole mają jak się do nich przylatuje z Brazylii. Ciekawe. Do tego nie można przywozić żadnych owoców, nasion itp. Ja miałem w torbie pełno kakaowych rzeczy, ale jakoś przemyciłem :>

W Londynie i okolicach było spoko, już się tam czuję jak u siebie. Po jednonocnej wizycie w dawnej pracy zatrzymałem się na 2 noce w hostelu/pubie, w którym pracował znajomy Węgier, z którym pracowałem w Finlandii. Więc 3 noce z rzędu pijaństwa. Ten hostel był bardzo tani więc niektórzy imigranci się tam zatrzymują na miesiąc albo dłużej, zanim nie znajdą pracy i potem mieszkania. Dużo dziwnych ludzi bez pieniędzy, którzy na litość próbują zostać na "jeszcze jedną noc" albo chociaż prysznic itp. To nie jest hostel jak inne hostele. Na tej samej ulicy  jest z 5 polskich sklepów, sporo arabskich, rumuńskich (rumuni od 1 stycznia legalnie będą mogli przyjeżdżać do pracy do uk, więc pracy na najniższych stanowiskach nie będzie w przyszlym roku, bo zaleją po prostu kraj). W sumie to na oko połowa Londynu to imigranci.

Potem mnie czekał lot do Kopenhagi i noc na lotnisku. Kiepskie lotnisko do spania. Zimne i niewygodne ławki. Oslo było lepsze o wiele. Rano lot do Sztokholmu i Kiruny. W Kirunie okazało się, że moja torba nie przyleciała ze mną :F Została w Kopenhadze. Ale pani na lotnisku powiedziała, że jutro o tej samej porze przyleci i taxi przywiezie. Taxi 200km w jedną stronę. No ale Norwegian płaci hehe. Mój bilet nie był wart tej taksówki, nie mówiąc o bagażu wartości z 50euro, lol.

Oczywiście zima w Laponii już jest.

Następny trip: trekking w górach Peru + dżungle i szamani. Albo USA/Mexico. Albo gdzieś indziej, byle w Amerykach.

No i czas na nowy aparat. Licznik w canonie pokazuje ponad 6000 zdjęć, ale więcej w ciągu 4 lat zrobił. wihajster od zoomu już się zacina. Makro prawie się nie da robić, bo aparat nie chwyta ostrości tak jak kiedyś. No i balans bieli też tak jakby się pogorszył. Zdjęcie wychodzą gorzej, albo mi się wydaje. Aż się nauczyłem bawić ustawieniami wszystkimi, ale niewiele to daje.
Lustrzanki nie chcę jednak z jednego powodu - wielkość. Takego kloca nie da się schować do kieszeni, tylko trzeba paradować z nim na szyi i kusić złodziei (w Ameryce okazja czyni złodzieja). Chyba że jak Cejrowski bym oblepił go czarną taśmą... Do tego waży 4 tony i zajmuje pół plecaka. 
Na oku mam Canona sx230 hs, no ale się zobaczy.