sytuacja na froncie

04.05.2011 :: 17:33 Komentuj (1)

Blog stworzony.

Cel: dokumentacja zdarzeń

Temat: wylot za Ocean.

Czas rozpoczęcia: 9 czerwca



Takie są założenia. Jeszcze ~100000 rzeczy może się zmienić.
Sytuacja na chwilę obecną wygląda tak:

Bilet kupiony: Berlin->Miami->Denver (promocyjnie, 1000 kryształów taniej niż normalnie). W jedną stronę, a więc jeśli urzędnik imigracyjny się spyta (albo nadgorliwie sprawdzi w systemie?) czy mam powrotny to może być ciekawie. Niby bez powrotnego są większe szanse na zawrócenie z lotniska w USA, no ale mam nadzieję, że jakoś dam radę.

W samym Colorado jeszcze ciekawsza podróż.
Ląduję wieczorem w Denver. Nocka w motelu, w południe greyhound i wieczorem jestem w Grand Junction - praktycznie po drugiej stronie stanu.




Nie wiem czy tam nocuję w motelu, czy idę spać na świeżym powietrzu prosto do Colorado National Monument - miejsca idealnego jak na mój gust - taki przedsmak Utah, Grand Canyonu i pustynnych rejonów górskich.
Następny dzień - 11.06 - łażę po tych górkach, a 12.06 w południe jakoś greyhound do Telluride, skąd ktoś ma mnie zabrać do Rico. 13.06 mam zacząć pracę. No, to takie wprowadzenie.

Jeszcze parę rzeczy do załatwienia w Polsce: dostać wizę do rąk własnych, jechać do Poznania na orientation meeting, sprzedać auto, zaliczyć szkołę i c'ya.

plans and plan b

12.05.2011 :: 18:19 Komentuj (1)

Do wyjazdu jeszcze sporo czasu i spraw do załatwienia zostało, to sobie rozpiszę ogólnie mój plan i plan awaryjny.


1. Praca w Rico 13.06-30.09
Miasteczko jest w niemal idealnym miejscu - jakieś 3h drogi od Moab, UT i (słynnych z widzenia) tamtejszych czerwonych skalnych łuków. Parę godzin jazdy od Canyonlands NP no i ledwie 6h od Grand Canyon :>

foty obrazujące chyba najpiękniejsze okolice na świecie:










Samo Rico jest malutkie - 200 mieszkańców :> co jest oczywiście sporą zaletą jak dla mnie. Niedaleko lasy, góry i wiele atrakcji w zasięgu (w tym źródła Rio Grande). Pod tym względem Breckenridge (moje poprzednie miasteczko w CO) się może chować, chociaż w Rico nie ma opcji że wychodzę z domu i idę na okoliczny szczyt z marszu, bo raczej góry są tam niskie i lesiste.




Problem transportu rozwiążę w chyba najlepszy sposób - hitchhiking. W necie czytałem, że Colorado jest bardzo dobrym stanem do łapania stopa i nie ma z tym problemu, więc będzie dobrze chyba.

Praca w Rico Hotel – kitchen work, głównie zmywak lol. Ale ważne, że niby ma być swojska, rodzinna atmosfera. Z resztą każda praca w US jest lepsza niż w Europie. No i każda praca, jeśli nie sprawia przyjemności, to niewolnictwo, ale innego wyjścia na tym etapie nie widzę. Poza tym złe doświadczenia są równie ważne jak te dobre ;]


2. Po pracy: trochę podróży po NM, AZ, UT, CO. Chciałbym zahaczyć o północne stany – Montana, Wyoming, Washington itp. ale nie dam rady chyba – będę miał niecały miesiąc po pracy.


3. Going south :> Mexico itp. hitchhiking, nauka języka, praca dorywcza za michę żarcia, łażenie po fajnych pustyniach (m.in. muszę obczaić Zona de Silencio...) na północy i koniecznie Jukatan. Ta część podróży nie będzie rozplanowana. Co będzie to będzie :>



4. To to już zupełnie odległe plany – Ekwador, Peru i w końcu takim ultimate goalem jest Chile. Po drodze muszę obadać ruiny itp. starych cywilizacji i poszukać samemu pozostałości po starożytnych kosmitach. Eh, jakbym znalazł wejście do wnętrza Ziemi w Peru...



ALE jeśli pan w Miami powie: „wtf man, you won't come home when your visa is expired, i can't let you in” no to dupa. I wtedy jakoś postaram się jak najszybciej przejść do punktu 3 :>

what if...

08.06.2011 :: 19:50 Komentuj (1)

"here goes nothing"

przed-wyjazdowa schiza, czyli co jeśli...:
-bus z Poznania do Berlina się spóźni albo nie przyjedzie
-na lotnisku będzie problem z moim biletem
-w Miami mnie zawrócą z lotniska
-pogubię się w Denver i jego komunikacji miejskiej (3 raz tam będę i nadal bez mapy nie ogarniam nawet centrum)
-w Grand Junction nie będę miał gdzie zostawić części bagażu, albo nie znajdę miejsca na noc
-nie będzie miejsca w Greyhoundzie

wszystko niby mało prawdopodobne, ale schiza zawsze jest, lol
a więc następny przekaz będzie pewnie jutro ok. 10pm w Denver. Czyli gdzieś o 4 rano w piątek czasu polskiego. Chyba że w Miami znajdę kawałek wifi.

W sumie z domu do motelu w Denver czeka mnie 24h podróży -.-



in several hours i'm takin' a ride. and a flight.

America - Fuck yeah!

11.06.2011 :: 06:26 Komentuj (0)

nie będę się tutaj rozpisywał, bo późno jest. Ogólnie w podróży było, hmm ciekawie - raz "wtfamigonnadonow?!" a innym razem "fuck yeah" (np lot samolotem pełnym szwabów, a potem ulga w Miami i uczucie jak u siebie w domu :p). W każdym razie jestem teraz w Grand Junction w takim śmiesznym hoteliku (hosteliku w sumie nawet). Po drodze powiało sentymentem - Greyhound zatrzymał się we Frisco (wiocha w której ostatnim razem często bywałem :>). Jutro rano po żarcie do City marketu i wyprawa do CNM - gonna be interesting. I hope.

szczegóły opiszę innym razem, yo!

http://www.youtube.com/watch?v=IhnUgAaea4M

13.06.2011 :: 21:15 Komentuj (1)

[wpis długi i pisany w edytorze tekstu, więc dziwnie z akapitami i zawijaniem wierszy wyszło tutaj]
śmiszne to wszystko. Moment schizy jest zastępowany chwilą ulgi. Na szczęście mam dobrą karmę, więc ostatecznie jest na + wszystko.



On the ground

Wszystko zaczęło się w czwartek rano. Czekam na shuttle do Berlina. Dochodzi czwarta a koleś dzwoni i mówi że się spóźni 10 minut... whatever, ale to i tak na styk z czasem.
Potem był postój - znowu w plecy z czasem. (W Berlinie mega korki ale sprawnie się w nich jechało) No i ostatecznie byłem na lotnisku
o... 8:45. Are you fucking kidding me? Lot o 10 miałem mieć! Zalecany czas przybycia na lotnisko to
2-3 godziny przed odlotem!
Pospiesznie opuściłem auto i wbiłem do terminalu - na szczęście
przy counterach nie było nikogo i od razu mnie odprawili. Śmieszne te szwaby - po niemiecku do
mnie gadać chcieli :p
co ciekawe u nich macanie całego ciała przy security jest standardowe, nawet jak bramka nie zapipczy.


In the sky

Airbus... co za dziadostwo. Air berlin to taki przewoźnik pomiędzy tanimi a normalnymi liniami lotniczymi. Obsługa jak należy, ale sprzęt nie bardzo - ten airbus to koszmar był. Brak indywidualnego programu rozrywki -
wspólne ekrany, no i mało miejsca na nogi - myślałem że tam jajo zniosę! 11 godzin, ale cała
wieczność zarazem.

(na plus nienajgrosze żarcie jak na samolot, no i darmowe drinki 2 razy)


No i szwaby - to było dziwne z nimi lecieć. Człowiek się czuje wyobcowany. Gdzieś tam za mną finy siedziały, a przede mną duńczyki, ale oni po szwabsku do szwabów mówili. Kolaboranci.


no i tutaj czas na FFFFFUUUU-
5 raz nad Oceanem przeleciałem i nadal nie widziałem nawet morza w życiu :X




Welcome to Miami


Jakbym był w domu - tu wszyscy mówią po ludzku, wszystko rozumiem :> Wybrałem stanowisko kontroli paszportowej z murzynką - why? no jakoś takie miałem przeczucie dobre. No i nic nie sprawdzała za dużo, tylko spytała się o moje occupation i tyle.
Czysta formalność - odciski, zdjęcie i goodbye :>

Od tej pory znalazłem się pod skrzydłami American Airlines - "mojej" linii (w sumie już 5 razy z nimi leciałem, hyh). Oddałem im bagaż i wyszedłem przypadkowo przed terminal - buchnęła fala dusznego, gorącego powietrza -
dziękuję, wracam do środka. Ah jak miło było wśród Amerykanów po tym locie z Niemcami. Nie wiem czemu,
tak po prostu. Tylko się dziwiłem czasami, czemu nieraz tutaj obsługa lotniska najpierw po
hiszpańsku coś ogłasza a potem po angielsku.

W samolocie lajt - stary boeing, ale wygodny. W dodatku
Rango pokazywali w tv. Niestety nie umiałem zmienić języka na angielski (a może się nie
dało?), a po hiszpańsku nie rozumiem za wiele.



The mile-high city



Denver. Tu było ciekawie. Po chwili
błądzenia i pytania dotarłem na przystanek. I tu schiza#1: akurat skończył się mecz na
pobliskim stadionie - chodniki i przystanek zawalone ludziami. Ale jakoś się zmieściłem do busa.
Nieważne czemu, ale wysiadłem za wcześnie (była to dziwna trasa, inna niż 2 lata temu).
Patrzę a tu cisza, ani żywej duszy czy samochodu (przed 11 jakoś było). Gdzie ja jestem? Pajęczy zmysł mnie nie zawiódł i po paru minutach
dotarłem do motelu jednak.



Na drugi dzień, pojechałem na greyhounda. Niestety bilety do Grand Junction wyprzedane i musiałem czekać 4 godziny na stacji.
Ciekawe to miejsce - ciekawi ludzie.
Obszarpańcy, włóczęgi, meksyki, hipisi, grubasy, brudasy itp. No ale mimo wszystko jest w miarę
czysto i bezpiecznie.



Western slope


Niestety nie zrobiłem zdjęć po
drodze do GJ, gdzieś w okolicach Glenwood Springs mega ściany skalne były. MEGA, pionowe, wielkie,
kanciaste skały. Mózg zniszczony. Jakby bus się spóźnił jeszcze bardziej to byłbym w dupie, bo najtańszy motel w mieście już był teoretycznie zamknięty, ale manager hotelu mnie i innego kolesia, który ze mną przyszedł, wpuścił. Śmiszny gość. Ten motel wygląda jak schronisko Lśnienie w Zakopanym (sajmon wie o czym mówię :p) - stare to
wszystko, ale mam pokój hostelowy za ino 25$ :>



GJ


jak przyjechałem to było ciemno. Rano zobaczyłem w oddali nice things.







więc oddałem bagaż im w motelu na przechowanie (spoko ludzie)
i ruszyłem wypożyczyć rower, bo
pomyślałem że będzie tak ciekawiej i szybciej. No i wyruszyłem. Przejechałem po moście nad rzeką Colorado i
wyjechałem za miasto.






Krajobraz powoli zaczął się zmieniać. Myślałem, że mi się przewidziało jak widziałem kaktusa. Ale nie – pełno kwitnących kaktusów!
o.O



Droga była masakryczna – jak jazda po patelni w pełnym słońcu.
W końcu wjechałem do Colorado National Monument. Cały czas pod górkę, ale warto było.





Następnym razem jakbym tam był to samochodem, żeby pieszo
połazić po szlakach. Zjazd rowerem po tych krętych drogach – ogień.


Out of GJ



Następnego dnia pojechałem autobusem do Telluride. Wysiadam w Telluride pośrodku nikąd. Ktoś miał na mnie czekać... a tu pusto. No to poszedłem na stację
benzynową i zadzwoniłem do nich.
Okazało się, że mają w ciul roboty I dopiero za 5 godzin ktoś może po mnie przyjechać, ale przecież mogę bez problemu złapać stopa. Ok, no to ustawiłem się przy wyjeździe ze stacji do Rico.

Piąte auto się zatrzymało. Koleś jechał do Cortez. Jest górnikiem i pracuje po 14 godzin dziennie, 4 dni w tygodniu i przyjeżdża do Telluride tylko na weekendy. Pogadaliśmy se i podwiózł mnie pod sam hotel. Hitchhiking is cool.


W hotelu śmiesznie było, trochę młyn mieli ale spoko. Linda – żona Eamonna (mojego szefa i właściciela
hotelu) oprowadziła mnie i przedstawiła wszystkim. Fajni ludzie.

Dzisiaj rano Eamonn wprowadził mnie w tajniki mycia naczyń w maszynie :o pogadałem chwilę z Johnem –
kolesiem z pokoju obok, kucharzem – jest wporządku, będzie ciekawie :> W nocy przyjechała do pracy czajnuska - Joyce, rano się z nią widziałem, seems nice too. Niedługo też jakaś Chorwatka ma przyjechać do pracy – nice as well :> Gonna be interesting. Zaraz się przejdę po miasteczku, co mi pewnie zajmie 5 minut. W dwie strony. :E 

RRRRRRRico

16.06.2011 :: 07:39 Komentuj (0)

3 dzień w pracy właśnie się skończył.
1 dzień był masakrą. Nie będę wchodził w szczegóły.
2 dzień był spoko - nabrałem wprawy i wszystko szło elegancko.
3 dzień też był spoko. Póki co pracuję od 5pm do 10-11pm, czyli tak jak pracuje restauracja.
Mam bonusy - waiterzy mają obowiązek odpalać mi 10% swojej działki z napiwków :> czyli nawet jak nie robię faktycznie 8h dziennie to z tipami wychodzi gut :>

aaa no i jeszcze darmowe piwo po pracy dostaję - codziennie inne (Flat Tire <coloradowe>, potem XX <mokroplecowe> , dzisiaj Stella Artois <belgowe>)


Teraz o miasteczku Rico. Tu nic nie ma.
Bank? nie
sklep spożywczy? nie
jakikolwiek sklep? ni... zaraz, monopolowy jest!
bar? jest jeden. plus ten nasz

i bardzo dobrze! kasy nie będę tracił. mam w planie xboxa kupić tylko.

Brian (waiter) powiedział mi że niedaleko są hot springs (gorące źródła - wyjaśnienie dla osób mających tylko mongolski w szkole) i się tam można kąpać lajtowo. Plus mnóstwo szlaków na pobliskie góry :>> tylko się boję ich, bo takiej stromizny nie widziałem dawno :F

Dzisiaj poznałem Petera - właściciela hotelu (myślałem, że to Eamonn jest właścicielem). Peter mieszka w Nebrasce i czasem tylko tu przyjeżdża. Ciekawy gość, dużo podróżuje/podróżował po Stanach i Europie. Polskę dopiero ma w planach. Dał mi parę dobrych rad i powiedział, że Eamonn może mi pożyczyć hotelowy samochód jak będę miał day off. :>>>>>>>> jeśli tak to awesome - ładny terenowy fordzik to jest . Będę mógł se pojechać do większego miasta na zakupy. Normalnie to John by mnie zabrał, ale nasze wolne się nie pokryją pewnie za często.

bla bla bla, czas na obrazki:



koloradowa cerveza. pod tym drzewkiem 2 lata temu była dziewka z rowerem, teraz zmienili okładkę piwa. niezłe, ale ja tam się nie znam na piwach - wszystkie masowe produkcje to to samo. Ale Flat tire jest lokalne i dobre :>





najlepszy możliwy trunek. Smak lemoniady. Orzeźwia, gasi pragnienie i słodko smakuje. 5% alkoholu a go w ogóle nie czuć! Nektar bogów.

widok z okna (wygląda płasko na zdjęciu to wszystko ;o):






Tellurrrrrrrride

18.06.2011 :: 03:16 Komentuj (1)

Nastał dzisiaj day off. Linda podwiozła mnie do Telluride. Jest to miasteczko wielkości i typu Breckenridge, z tym że z 3 stron otoczone górami i samochodem ino jedną drogą się tam da dojechać :>
W miasteczku tłumy ludzi - jakieś 10.000 osób (normalnie tam mieszka 2.000). A to dlatego, że odbywa się tam Bluegrass festival. Coś jak woodstock tylko, że dla bardziej kulturalnych ludzi :> chociaż hipisów i innych dziwnych elementów nie brakowało.

Na początek poszedłem do gondoli. Za darmo kursowała do mountain village - o tej porze roku wymarłej części miasta, na szczycie góry. Epickie widoki!






Zjeżdżając w dół dostrzegłem na przeciwległej górze jakiś szlak. No to się tam od razu skierowałem. I to było epickie. Na początku szlaku (-ów) widziałem pełno obozowisk i namiotów ludzi co przyjechali na bluegrass. Trochę zboczyłem z trasy i na przełaj poszedłem. Hardkor. Musiałem się trzymać gałęzi i przeskakiwać po stromych skałach, żeby nie spaść w dół








W końcu, po wspinaczce jakimś wąwozem (i przeskoczeniu paskudnego strumienia) odnalazłem szlak.  Ale postanowiłem wydłużyć wycieczkę i poszedłem jakimś szlakiem na północ, zamiast zrobić loop z powrotem do miasta. Idę i idę, strumyk, idę, idę, powalone drzewa, idę, strumyk, idę, idę, gość z psem, idę, idę, idę, jacyś ludzie - to się ich pytam jak długi ten szlak, a oni mówią rozwidlenie zaraz jest: w lewo do starej kopalni, w prawo w góry. Opuszczona kopalnia? :>  Trzeba obczaić!

Widać stare ruiny było, pełno blach, szyn, kilka wózków;  szyb był zamknięty świeżo, ale i tak bokami mocno leciała woda z niego.





W okolicy porozrzucane były domostwa traperów/górników - no oko opuszczone całkiem niedawno - kilkadziesiąt lat temu?



Ktoś jednak mieszka w tym rumowisku:



Jak wróciłem to popałętałem się trochę po mieście, obczaiłem szlak wzdłuż rzeki, farmer's market i poszedłem muzy posłuchać na placyk w środku miasta (darmowe na szczęście). Jakiś contest był - ludzie z gitarami śpiewali. Nawet niezłe. Potem Punch Brothers zagrali parę piosenek - taki folk/country/whatever (większość o whiskey :>) (i właśnie się dowiedziałem, że ten cały bluegrass to gatunek muzyczny -.- nigdy o czymś takim nie słyszałem). Fajni kolesie:




nawiasem dodam, że mimo piknikowego nastroju tłumu nikt nie chlał, pełna kultura ludności w Telluride.


no i tyle. łażenie po górkach rządzi! (plus Linda mi powiedziała, że zaraz za hotelem jest wyjście na szlak. I po drugiej stronie drogi też. I po drodze do Rico jest szlak na Lizard Head. I w ogóle wszędzie pełno traili :>



piwo i duchy

22.06.2011 :: 19:11 Komentuj (1)

najpierw cervezas:

na piwach się nie znam (tyskie, lech, heineken, coors, budweiser, vip - wszystko jedno i to samo), ale te 2 nawet mi smakowały:

piwo z Dżaponii:



dosyć dobre.


no i zwycięzca (zdjęcie nie moje):



lokalne piwo z Durango. Chyba najlepsze jakie piłem.


Byliśmy po pracy z Johnem, Melissą (waitress) i jej husbandem w barze. Ciekawe miejsce. Spróbowałem paru lokalnych piw z Durango - niezłe nawet.
Niektóre meble w barze pewnie jeszcze z 19 wieku są. Poza nami tylko bartender i właściciel w jednej osobie był. Potem jakieś zjarane i pijane lokalne osobistości przyszły - nieciekawi ludzie. No ale to Rico - tutaj wieczorem tylko do 1 baru można przyjść albo się zjarać. Jak to Linda mi powiedziała: "Don't get involved in the local bar scene". Żal mi tych co tam co wieczór przesiadują. A nie są to dziady jak stali bywalcy Fortuny, tylko młodzi ludzie.


Bar jest oczywiście nawiedzony przez duchy. Tak jak wszystkie stare budynki w okolicy. W pokoju obok mojego niejaki Zack powiesił się w latach '40 i sobie chodzi tutaj i słychać jego kroki i czasem rusza się klamka. Ludzie go widzą jak wychyla się przez barierkę nad lobby.

Tak twierdzi Brian. Eamonn to potwierdził - a mu wierzę. Bartender z baru też mówił o duchach jak o jabłkach. Ja póki co nic nie widziałem, nic nie słyszałem. W hotelu niby nie ma wrednych duchów. Brian opowiada o tym ze spokojem - dla niego duchy to normalka - w Enterprise, innym hoteliku niedaleko stąd są paskudniejsze duchy. Jak tam mieszkał to miał sajgon. Budynki stare, to duchów pełno z lat gorączki złota, prohibicji itp. A w tych czasach nie patyczkowali się, pełno śmierci było.

Brian widział pełno duchów, zna pełno historii. Np. siedzieli sobie w naszym hotelu i oglądali tv. Nagle Brian powiedział coś w stylu" Dawno coś nie było duchów tutaj". I nagle ze ściany z hukiem i mocą odleciał łeb jelenia (taki wypchany, zawieszony do ozdoby). Nie naturalnie, hak w ścianie jak i zaczep nienaruszone były.

Nawet jak to ściema to fajnie posłuchać takich historii.

day off - Tomboy

24.06.2011 :: 04:38 Komentuj (1)

kolejny day off. Znowu zabrałem się z Lindą do Telluride. Tym razem z
zamiarem dojścia to Tomboy - miasteczka wysoko w górach. Jest to ghost
town - opuszczona od ponad 100 lat osada górnicza. Droga do miasteczka
to 4x4. nie jest trudna, jest to szlak przejezdny tylko latem. I też
natknąłem się akurat na ekipę z buldozerem odśnieżającą niektóre
kawałki. W samym Tomboy śniegu pełno. Od budynku do budynku musiałem
przechodzić po połaciach śniegu i po kolana w niego wpadałem czasem o.O



Tomboy miał własną szkołę, sklep, a nawet wóz kursujący codziennie do
Telluride (jakieś 5 mil górską, hardkorową drogą). Wiele już nie zostało
- dechy, parę budynków, fundamenty no i mnóstwo złomu - pozostałości po
kopalniach.


droga przez tunel wybity przez górników czy kogoś tam:





widoki po drodze (foty nie oddają epickości i skali):



tu mniej więcej po środku zdjęcia jest Tomboy:


Tomboy:















stuletni but:


widok na Telluride w drodze na dół:




nie chce mi się nic więcej pisać ;o

not much

30.06.2011 :: 22:49 Komentuj (2)

not much is happening. dzisiaj day off, więc z samego rana polazłem na jakąś górę nad miastem (prawdopodobnie jest to Expectation Mtn). Oczywiście zapomniałem aparatu. Parę ino fot telefonem zrobiłem i ciulowe są. Dosyć trudna była droga na szczyt. 3 h mi zajęło dojście na szczyt. Mega wiatr był na górze. mega mocny i zimny. Więc za długo nie siedziałem tam.

Anteny i inne konstrukcje do komunikacji z obcymi:







Tak poza tym to 4 of July się zbliża i będzie masakra w pracy.
Ostatnio uderzyliśmy całą ekipą do baru - was nice. Ino bourbona wołałem ;p We played pool, we lol'd, we had fun. Lokalnych osobistości nie było, więc pewnie dlatego ;E

A to cerveza z Durango, Mexican Logger. Skojarzenia z odcinkiem South Parka o muzeum stereotypów i leniwym meksykańcu na miejscu ;p





4th of July

04.07.2011 :: 19:48 Komentuj (1)

Parada w Rico:

(na pierwszym planie horse shit)











Random photos:


tu do kompletu brakuje tego pojazdu z 3 foty:


a storm is coming:


"moja" fura (tzn. hotelowy truck, którym się bujnąłem, póki co, parę razy - nigdy więcej manualnej skrzyni nie chcę! automat to cud. no i 4x4, no i wielkie auto ahhh)


Wczoraj było busy at work. Ale nie aż tak jak myślałem. Dzisiaj rednecki z okolicznych miasteczek mogą się zjechać świętować w Rico i może być (nie)ciekawie.
whatever ;o

3 in a row

08.07.2011 :: 00:09 Komentuj (0)

day off. 3 szczyty koło Rico zdobyte. Zachodnie góry wkoło Rico mam już rozpracowane mniej więcej.
A więc wyruszyłem ok 8am po zaopatrzeniu się w kuchni i stacji paliw w zapasy. Tym razem dojście na Expectation Mtn. zajęło mi trochę mniej czasu = skill.  Najlepszych, widescreen fot nie wrzucam bo nie chce mi się uploadować ich.

Po drodze usłyszałem w jednym momencie jakieś dziwne odgłosy. Myślę sobie: "i'm fucked, it's a bear" A tu nagle na drogę wyskakuje mały deer. Przysiadł i się patrzył. Jak się zbliżyłem to zwiał. W dół zbocza. Jego matka natomiast w górę zbocza wcześniej uciekła. No cóż.



Rico z góry:



Storm Peak widziany z Expectation mtn.:



Widok na Anchor Mtn. i zarazem kolejny etap spaceru:



on the top:



trochę się zastanawiałem co dalej - iść na Storm Peak na południu, czy na Calico Peak na północy. Calico lepszy mi się wydał.

widok na Calico Peak (to ta skalista górka):






i wlazłem, posiedziałem chwilę i zszedłem doliną. Wyszedłem na drodze, jakieś 2 mile za Rico o.O Przy okazji w Ranger Station nabyłem mapę okolic :> Telescope Mtn albo Dolores Mtn następne w kolejce do zdobycia są (po wschodniej stronie):>
nie chce mi się więcej fot wrzucać ;f

just another day

12.07.2011 :: 19:54 Komentuj (2)

so... w poniedziałek pojechałem z Radą do Cortez. Eamonn dał mi listę zakupów do zrobienia (dzięki temu nie musieliśmy płacić za bynę :E). Cortez to redneckowe miasteczko. Nic tam nie ma. Poza Walmartem, City marketem, masą fastfoodowych żyrodajni i... Gamestopem (ale o tym za moment). Potem jeszcze zahaczyliśmy o jezioro (Rada chciała sa popływać; ja se odpuściłem, bo pływam jak siekiera - prosto na dno).

Zjedliśmy w Taco Bell (średnie taco mają) i pojechaliśmy do CM na zakupy dla hotelu. Potem Walmart, w którym kupiłem parę redneckowych ciuchów. Jednak celem było kupienie xboxa. Oczywiście ten, którego chciałem (nowa, czarna edycja 4gb za $199) był out of stock. Na szczęście obok walmarta jest Gamestop. I tam lajtowo kupiłem eksa i parę gier - m.in. GoW2 za $12 (pre-owned, czyli używane, ale o wiele tańsze. W dodatku mogę je "zwrócić" jak mi się znudzą i za małą dopłatą wziąć inne używane albo nowe - gamestop rules!). Niestety nasz tv nie ogarnia xboxa i nawet przez vcr i pudło od satelity nie mogę obrazu odpalić. Well, i tak miałem kupić jakiś hd tv/monitor.
John ma zdobyć 2 kontroler i będziemy orać w gow itp. :>

/Edit: John podpiął eksa do vcr i działa :p obraz oczywiście jak z vhs, dźwięk mono, ale grać można :> i tak kupię monitor i pod hdmi podepnę, kekekeke :>

No a tak w ogóle to zostałem driverem. Tzn. Eamonnowi nie chce się jeździć/nie ma czasu i mnie wysyła na zakupy albo coś odebrać. Dostaję czek i/lub listę zakupów i jadę do Dolores/Cortez/Telluride. Dodatkowe siano a przy okazji sam mogę coś kupić i podziwiać widoki z drogi nad przepaściami - 1 metr w prawo zjadę i lecę w dół na zawsze :P

No photos this time, kids ;p next update on thursday/friday, i suppose.

t-ride

16.07.2011 :: 20:06 Komentuj (1)

w tym tygodniu wolny dzień spędziłem w Telluride (again).
Postanowiłem iść na Ballard Mountain - taką górkę za/nad/w Telluride od strony SE. Szlak trochę trudny do znalezienia - najpierw trzeba iść drogą Bear Creek Trail (prowadzi do wodospadu, łatwy dla noobów szlak), a potem na clearingu zejść na taką jakby polankę i tam jest ścieżka na Ballard skryta w trawie. Dosyć trudny trail to był.

W pewnym momencie widzę, że coś biegnie na mnie - jakiś zając i wiewiórka - obok nóg mi przebiegły ;o Kolejna wiewiórka wskoczyła na drzewo i zaczęła na mnie szczekać (inaczej tego nie można nazwać). wtf?





widoki po drodze:

needle rock:


Bear Creek Falls:




on the top:


Widok na zachód, góra po lewej to Mt Wilson - najwyższa górka w okolicy, jeden z kilku Fourteenerów [14000 stóp i więcej] w okolicy)

(ostatnie zdjęcie mojej koszulki, zgubiłem ją potem. Miałem ją przypiętą do paska, żeby się wysuszyła i gdzieś odpadła mi po drodze :f niedługo później zgubiłem też okulary ;x)

szczyty na północy


W oddali Mt Wilson i przyjaciele, a na lewo od nich Lizard Head (ta skała taka):


Zachód, gdzieś tam za horyzontem jest Utah:


Silver Lake:


oczywiście po drodze żadnego ludzia nie widziałem, dopiero na szczycie 2 ludziów spotkałem, ale oni przyszli z przeciwnej strony - od La Junta Peak. Za Ballard Mtn jest góra bez nazwy i kawałek dalej La Junta Peak (jakieś 40 minut). Chciałem tam iść, ale jak wlazłem na Unnamed Mtn to paskudne chmury przyszły i się musiałem zwijać.

No name mtn:



Zapomniałem napisać wcześniej o akcji w Rico. :> Jakiś gość miał "fajerwerki" od 4 lipca, więc postanowił je zdetonować. Pojechał gdzieś w góry i jakoś tak rękę mu urwało od wybuchu. Nie miał telefonu żeby zadzwonić pod 911. Więc pojechał na stację benzynową. Problem w tym że jego pickup pełen był chemikaliów i innych ciekawych rzeczy. Gas station + explosives = o_O. Stacja jest na wylocie z Rico, więc miasteczko nieprzejezdne było. Wszędzie policja i straż ;o I tak cały dzień i noc :p
http://www.durangoherald.com/article/20110709/NEWS01/707089896/Man-%E2%80%98fair%E2%80%99-after-Rico-explosion

drivin

30.07.2011 :: 18:41 Komentuj (4)

so... nie wiem co pisać to napiszę o pierdołach. Np. o jeżdżeniu. W środę pojechałem z Radą do Telluride, do banku. O dziwo Eamonn powiedział "that's fine" jak się spytałem ile muszę wlać do baku ;o free drivin :E parę fot po drodze:





przejazd przez Lizard Head Pass (przełęcz, 10,000ft):


jechać prosto to wjechać w przepaść :>




Jak widać szyba jest popękana. W tych okolicach to normalne - każdemu się zdarza, bo skały przy drogach są takie sypkie i strzelają w szyby.

Anyway jeżdżenie w usa to banał i czysta przyjemność. Mając spore auto wszędzie elegancko można zaparkować i wymanewrować. No i ten silnik V8 :>>>>>>>>>>>>> jak fajnie jest depnąć gaz. No i automat = cud.


Wczoraj za to pojechaliśmy (me & Rada) do Durango. Rada musiała załatwić SSN. Eamonn dał mi listę rzeczy do załatwienia w Durango, tak więc za bynę nie płaciliśmy. Spodziewałem się kupienia jakiegoś żarcia, a dał mi listę na całą stronę. Czyli musiałem odwiedzić Home Depot i kupić żarówki i deck stain, jechać do walmarta wymienić olej w aucie, wyrzucić masę butelek do recycling center (bo ciule się spóźniają z odbiorem) i jeszcze jechać do city marketu kupić żarcie. :F Do tego limit czasowy - o 5pm zaczynałem pracę :x Do Durango jedzie się jakieś 1.5 godziny. Oczywiście trochę pobłądziłem, ale ostatecznie trafiłem wszędzie. W walmarcie 5 aut w kolejce do zmainy oleju :| czyli 1.5h czekania. Nie skorzystałem, więc więcej czasu dla nas było :>

Durango to ładne wildwestowe miasteczko, fot ni mam niestety :p Jako że wszystko od Dolores na południe to pustynia to upał niezły był (tzn. pewnie taki jak w PL, ale w Rico nigdy nie jest cieplej niż 25C, więc nie jestem przyzwyczajony do lata). W drodze powrotnej oczywiście odwiedziliśmy jezioro (które nie jest zatłoczone i gdzie nie ma grubasów [tak w ogóle to Colorado to stan o najniższym wskaźniku otyłości]):E

btw kolejne cervezy z Durango Brewing Company:


kupiłem 6packa Durango Derail - "A full strength High Gravity Ale with more iron horse power than our other fine beers"; nie wiem ile ma procent (na większości piw nie ma takiej informacji), ale dosyć mocne jest i zalatuje chmielem. oczywiście high quality. Kupiłem to w liquor storze w stacji benzynowej. Alex (znajomy koleś co tam pracuje) powiedział mi "Just because you're a cool guy, you get... this" i wyciągnął z lodówy butlę Durango Winter Ale i dał mi ją za darmo :> (apparently i'm a cool guy 8) warte prawie $5, ale mocne. Powaliło mnie to piwo - w dodatku butelka była większa niż eurostandard - jakieś 0.6l


and w next wpisie opiszę okolice Rico (kopalnie, góry, dziadostwo, nice things) :>

lol

11.08.2011 :: 02:39 Komentuj (1)

Rico... jedna asfaltowa droga (US Hwy 145) i 5 ulic na krzyż. A kiedyś mieszkało tu tysiące ludziów. Niektóre domy są ładne, inne to ruiny/szopy jak na polskich wsiach. W okolicy jest ze 20 kopalni. Tzn. pozostałości po kopalniach.






Wszyscy tu palą zielsko. Tu nie ma problemów z alkoholem tylko z marijuaną. Sam znam co najmniej 2 sprzedawców. Nawet jak się pójdzie do baru i nie ma ludzi to można z bartenderem iść do kuchni i się zjarać "legalnie" ;p masa ludzi pali, nawet w pracy ;p whatever


No i nie wiadomo co robić w tym miasteczku - trzeba jechać na południe
(upał, pustynie, rednecki, meksyki, indianie itp.) albo na północ (góry,
turyści, mili ludzie, drożyzna). Anyway, z Radą pojechaliśmy tydzień temu do T-ride. Przypadkowo tak jakoś wyszło że wzięliśmy ze sobą psa Eamonna - Nelly'ego. Poszliśmy szlakiem Bear Creek Falls - do wodospadu.

Nelly in da car:


me, my lady & nelly:


No i kupujemy auto. Przyda się teraz i we wrześniu na road trip :> W Dolores koleś sprzedaje corollę z 1988 za 700$,w dobrym stanie. No tylko, że farba z niej zeszła i wygląda jak złom, ale co tam ;p no i kombi, więc bez bagaży można wrzucić materac i spać w aucie :> we'll see


apdejt

19.08.2011 :: 03:32 Komentuj (4)

so...

oto Rico hot springs.

Z gorącego źródła wypływa woda i płynie rurą do tej "wanny". Fajnie posiedzieć a potem wskoczyć do lodowatej rzeki :> albo na odwrót. Ciekawych ludzi też można tam spotkać, więc może będę odwiedzał to miejsce częściej :>

W poniedziałek rano tam poszliśmy i spotkaliśmy kolesia. Mieszka w Ophir (wiocha między T-ride a Rico), ma na oko 40-50 lat i ma na imię Peter. Anyway, ciekawa postać to jest - podróżował trochę po świecie, na swoim pickupie miał naklejki w stylu nirvana, shangri-la, rasta itp. alternatywy. Chwilę z nim pogadaliśmy i zaprosił nas do swojego domu. Tzn. powiedział, żebyśmy kiedyś wpadli. Nie mogę się doczekać. Mam już plan na następny tydzień - biorę 2 dni wolnego, jeden dzień (i noc) spędzę w Ophir, a drugi w T-ride ownując bary ;p

przerwa na losowe zdjęcie z Rico:


jak w filmach :o

We wtorek poznałem Billy'ego i Margaret - starsze małżeństwo z Texasu. Spędzają tutaj co roku tydzień wakacji. Głównie chodzą po szlakach. No i mnie zabrali wczoraj ze sobą do Hope Lake - górskiego jeziora niedaleko Ophir. W ekipie była jeszcze brytyjka która też się w hotelu zatrzymała. Jezioro było przepiękne tak jak widoki po drodze. Żeby się tam dostać trzeba mieć auto z wysokim zawieszeniem, albo z buta iść parę godzin. Oczywiście mówię o dojściu do samego szlaku, nie jeziora.

Trout lake - inne jezioro, położone niżej:




Trout Lake z góry (w tle Mount Wilson i przyjaciele):


Hope Lake, krystalicznie czysta i lodowata woda:






Dzisiaj mam day off, więc znowu pojechałem z nimi, tym razem na Galloping Goose trail. Jest to szlak, którym jeździła kolej wąskotorowa w górach (aż do Rico i Dolores)

info, jak komuś się chce czytać:


na tej ścieżce były kiedyś tory:





no i połaziliśmy z psami po szlaku i pojechaliśmy na lunch do T-ride. Dostałem zaproszenie do Austin, Texas, więc jeśli się zdecyduję na wyjazd na południe to wpadnę do Billy'ego i Margaret po drodze :>


a to ciulowe telefonowe zdjęcia z pustyń w Cortez i Dolores:










jeszcze ponad miesiąc pracy, już z górki raczej pójdzie. Tylko co dalej? No ideas for future.

anyway, chce ktoś pocztówkę? ;p

...

28.08.2011 :: 07:17 Komentuj (3)

a wiec 2 dni spedzilem poza Rico. Ciekawie bylo. Niestety dysk w laptopie umarl czy cos i poki co tu sie nie bede rozpisywal :x will be back soon

edit: still alive here! dysk kupilem, system zainstalowany, jutro bede sie bawil ze sterownikami i wrzuce foty i tekst. Poprzedni day off spedzilem w Telluride lazac po gorach i noc po barach. interesting experience.
a w ten czwartek... Mesa Verde i ruiny starozytnych indianskich "miast" a potem nocka na dzikim zachodzie czyli w Durango. A za tydzien jade do Albuquerque na koncert Explosions in the sky. 6h drogi przez pustynie... ;o No i juz mam jako taki plan na przyszlosc po usa... zbyt szalony by o nim pisac na razie, anyway - going south, amigos. Vamos!

zaleglosci

08.09.2011 :: 06:42 Komentuj (1)

[nie chce mi sie teraz instalowac polskiego jezyka w systemie, wiec bez pl znakow bedzie o/]

Po kolei…
8/25/2011
Z samego ranka Linda mnie podwiozla do szlaku do Lizard Head. Moim zamiarem bylo zrobic petle: 13 mil, od Cross mountain trail do podstawy Lizard Head, potem przejsc szczytem Black Face i wyladowac spowrotem przy Highway 145, na przeleczy Lizard Head.  (jak nie zapomne to wrzuce kiedys mape okolic dla orientacji)

poczatek wyglada niepozornie, ale jak sie potem idzie w lesie przez 1.5 godziny pod gorke... :| nuda


ale po jakims czasie wylania sie Lizard Head :>


(Lizard Head jest uwazany za najtrudniejsza skale do wspinaczki w Colorado, to wlasciwie gora piachu/gruzu)


Cross Mountain:




moje najulubiensze zdjecie LH:


Widok z Black Face:


Calosc zajela mi 4 godziny.  Jako ze byl to czwartek, ok godziny 12, to prawie zerowy ruch na szosie. Ciezko zlapac stopa… Na szczescie nieopodal zobaczylem 2 RV (kampery, czy jak to sie mowi po polsku) na poboczu. No to podbilem do nich i sie spytalem czy jada na polnoc, w strone T-ride. …No i mnie koles podwiozl i wysadzil przy drodze do Ophir.

Ophir:


Jako ze ruch byl zerowy to z buta poszedlem. Na szczescie Ophir znajduje sie tylko 2 mile od szosy. Moim planem bylo od razu pojsc i zobaczyc Waterfall Canyon, niestety deszcz zaczal padac, wiec szybko sie schronilem w domu Petera. Ale i tak poszedlem zobaczyc wodospad i kanion. Nie byl duzy, ale i tak fajny i skryty w lesie.

Kim jest Peter? Lekarzem. Pracuje w rezerwacie Navajo w Shiprock, NM na ostrym dyzurze. Jako ze o pieniadze nie dba, to pracuje 2 dni w tygodniu przez pare miesiecy w roku. A reszte czasu spedza na podrozach. Jesienia ma zamiar jechac do Afryki i Azji popracowac jako wolontariusz. Interesujaca postac. Mimo ze w czwartek jechal do pracy to i tak pozwolil mi spac w jego domu (ot, taka typowa amerykanska goscinnosc...)

Co do "miasteczka" Ophir to jest to bardziej taka spolecznosc mala. Tzn kazdy kazdego zna i wszyscy razem sie wspieraja, swietuja (np. razem robia uczte na gwiazdke, kazdy robi zarcie itp.) etc. W takim miejscu chcialbym mieszkac jakbym mial tu zostac na stale.

(No i grzyby! od jakiegos miesiaca jest sezon na nie. Sa wszedzie! Niestety sa inne niz w Polsce i nie zabieram sie za nie. No, raz tylko znalazlem w lesie borowika to go od razu zjadlem :> Ale smazone grzyby sa megaaaaa dobre!)

Tak wiec noc spedzilem w domu Petera i rano wyruszylem w kierunku szosy. Po paru minutach marszu auto sie zatrzymalo i sie pytaja mnie ludzie czy mnie podwiezc. :> Lajt, podwiezli mnie do samego Telluride. Poszedlem uzupelnic zapasy i zastanowic sie czy rozwaznym jest pojscie na szczyt wodospadu Bridal Veil Falls. Aby tam dojsc mozna isc szlakiem wzdluz rzeki (River Trail) ktory potem zmienia sie w historyczny Idarado Legacy Trail (z tabliczkami informacyjnymi na temat aktywnosci gorniczej w tym miejscu po drodze).  Poszedlem i doszedlem do poczatku drogi na szczyt. Odpuscilem sobie bo mialem przed soba dlugi wieczor i zapasy energii mialem ograniczone po lazeniu dnia poprzedniego.

Widok na wschod, w rolach glownych San Miguel river, slonce i Ajax Peak:


Bridal Veil power plant. Elektrownia i posiadlosc kogos tam. Jesli dobrze pamietam to jest to najwyzszy wodospad(y) w Colorado.





nie wiem co to:


anyway, plan na wieczor byl taki: isc do Lindy jak skonczy prace i potem z ludzmi z jej pracy isc do town parku na sztuke Szekspira ;p Przedtem zahaczajac o chinska restauracje i bar. Przedstawienie bylo na scenie. I widownia tez siedziala na scenie ;p tzn z lewej i prawej, a aktorzy grali na srodku. "As you like it" sie zwalo dzielo, nie chce mi sie polskiego tytulu sprawdzac. Dobre przedstawienie to bylo, ciekawe i smieszne. Potem poznalem Sophie (ktorej matka, Katie pracuje z Linda) i Kelsey, aktorki-amatorki. Mielismy isc na jakies piwo, ale ostatecznie wszyscy bylismy zmeczeni i wyladowalem na kanapie w domu Sophie ;p nazajutrz Katie mnie odwiozla do Rico i tak zakonczyly sie 2 dni off :p nie chce mi sie rozpisywac teraz za bardzo, sry.

cdn.

9.1.11

10.09.2011 :: 20:55 Komentuj (2)

Jako ze nigdzie nie wyszlismy tydzien wczesniej to Sophie powiedziala zebym przyjechal do T-ride w moj nastepny day off. No to tak zrobilem. Ale do wieczora kupa czasu, a ja bylem w miasteczku juz z samego rana. No to oczywiscie poszedlem w gory. Wybralem Liberty Bell Trail, stary gorniczy szlak. Myslalem ze bedzie latwiejszy, ale okazal sie dosyc stromy. Mialem sie nie meczyc zeby miec sily na wieczor, no ale co zrobic - przeciez nie zawroce w polowie drogi.

ja, a w tle Mt. Emma








no i zszedlem do miasteczka po poludniu i poszedlem do parku poczytac ksiazke ("Kirinyaga" M. Resnicka, znalazlem ja w FreeBoxie. FreeBox to taki duzy regal w T-ride do ktorego ludzie oddaja niepotrzebne rzeczy a inni ludzie je biora. Dobre rzeczy mozna tam znalezc - ciuchy w dobrym stanie, ksiazki, inne pierdoly). Wieczorem spotkalem sie z Sophie i Kelsey i potem z innymi ludziami i poobijalismy sie po roznych barach. Ciekawe rzeczy widzialem, nie bede tutaj pisal za duzo. W kazdym razie spac poszedlem o 6 rano w luksusowym apartamencie, w hotelu (co prawda na kanapie, no ale...).

Wstalismy o 10 i Sophie mnie podwiozla na wyjazd z T-ride. Ledwie sie ustawilem i wystawilem kciuk a tu jedzie Brian (server z naszej restauracji)... luck>skill. Brian i Molly, ktora tez pracuje z nami, sa razem. Molly ma corke (6 lat?). Oboje pala ziolo i to sporo. I w samochodzie w ktorym byla jej corka tez palili. No coz... Heh tutaj wszyscy zawsze sa zjarani ;p

Mesa Verde

11.09.2011 :: 18:42 Komentuj (0)

So... w czwartek pojechalismy z Rada do Mesa Verde. Jest to mega park narodowy na pustyni. Do samego wjazdu do niego trzeba jechac jakies 1.5 godziny. Jak juz sie wjedzie to trzeba jechac droga w gorach 20 mil do visitor center.
Bardzo kreta i waska droga. Za to widoki po drodze sa mega - wszedzie dookola doliny.





W visitor center kupilismy bilety na 2 guided tours do 2 najbardziej znanych miejsc - Cliff Palace i Balcony House. Aha, park jest ogromny i ruiny indianskich miast/domow sa rozsiane wszedzie, tak wiec wszedzie tylko i wylacznie samochodem trzeba sie dostac.

Cliff palace to najbardziej znana atrakcja. ok. 13 wieku mieszkali tam sobie Indianie a potem sobie odeszli. Nie bede tu robil wykladow ;p






Balcony House to troche bardziej wymagajaca atrakcja, bo trzeba wejsc po kilkumetrowej drabinie a potem na czworaka sie przeciskac tunelami. hardkor... dla amerykanow nie z colorado :E







;o








"a ich oczom ukazal sie las..." czyli pozostalosci po wielkim pozarze:



New Mexico

16.09.2011 :: 19:27 Komentuj (6)

Wyjazd do Albuquerque udany ;] trasa nie była taka zła, truck nie wyżłopał aż tyle byny ile myślałem (w sumie wlałem do baku $120 za 600 przejechanych mil) a pustkowia przepiękne. Miasteczka po drodze (Aztec, Bloomfield, Cuba) mocno meksykańskie w architekturze i ludności ;p awesome!

miałem farta bo deszcz padał jak jechałem, więc nie upiekłem się w samochodzie (klimatyzacji nie mogę włączać bo silnik się przegrzewa o.O).

Trochę dziwne to uczucie jechać przez kilka godzin przez pustkowie. Jedzie się szosą wśród innych aut, ale ma się takie nierealne uczucie... po lewej piaszczyste góry, pustkowia, stepy... po prawej to samo o.O z początku leci się przez pola naftowe, to chociaż te instalacje ropowe widać - jakieś ślady cywilizacji.

Typowy krajobraz przez większość drogi:






Gdy już się dojedzie do szosy międzystanowej 25 od Bernalillo do Abq to się robi ciekawiej. 4 pasy (przy zjazdach 6) i wszyscy lecą 70-80mph ;o
ABQ to ładne miasto, mili ludzie i dobre piwo :p

koncert Explosions in the sky był mega. Świetnie grali i zagrali Last known surroundings i First breath after coma z samego początku - brak słów. Jedynym minusem było ciulowe nagłośnienie w tym całym teatrze, no ale co tam.

Na drugi dzień polazłem do New Mexico Museum of natural history and science Ciekawe miejsce - trochę o technologii (Microsoft pochodzi z Abq ;o), trochę o kosmosie, trochę o ewolucji życia.

pierwsza gra komputerowa:









Potem trochę pozwiedzałem miasto i wróciłem do Rico ;p po drodze robiąc parę zdjęć :>














na zdjęciu tego nie widać, ale był to najbardziej epicki zachód słońca jaki widziałem. Jechałem na północ i po lewej widziałem przez jakąś godzinę jak słońce powoli znika za horyzontem :>



New Mexico is nice.

maps

17.09.2011 :: 18:11 Komentuj (1)

wspomniałem że niedawno goście w hotelu zostawili po sobie w lodówce karton piwa i parę win? kilkanaście puszek bud lighta i dobre kalifornijskie wina za darmo :] i kiedy to wszystko wypić? ;p

anyway, spadł pierwszy śnieg w górach i szczyty są ośnieżone. Tak więc już raczej nie będę za dużo łaził po górach. I tak nie będę miał czasu. W poniedziałek mam day off, tak jak Rada (hotel i restauracja będą zamknięte bo nie mamy żadnych rezerwacji na ten dzień) więc pojedziemy gdzieś (Grand canyon może, ale to chyba trochę za daleko jak na 1-day trip; może Arches NP w Utah). A w ostatnim tygodniu nie będę miał wolnego wcale bo Rada kończy pracę i będę niezastąpiony :p

Tak więc sobie podsumowałem na mapkach gdzie byłem na wyprawach w okolicach. Nie chce mi się tylko szukać mapy okolic Hope lake.

Telluride & around:



7.7 - 3 gory za jednym zamachem
a te wszystkie leśne drogi do kopalń po prawej obcykane niejednokrotnie
na mapie nawet widać kopalnie - są wszędzie. No i zaznaczyłem też hot springs :>


ponad 13 mil miał ten szlak:
 

I guess that's it. Summer's over.

The ruins are no place for you to play

22.09.2011 :: 22:25 Komentuj (0)

miałem już nie łazić po górach,
ale ile można siedzieć w hotelu i grać na xboxie? do tego pogoda jest idealna i niebawem będą mega widoki jak drzewa zaczną zmieniać kolory liści. Według wielu ludzi Rico i okolice to najpiękniejsze miejsce jesienią w całym kraju. Brzozy już żółte się robią :> (rozmiary zdjęć w tym wpisie są różne, taki tam chaos ze względu na ograniczenia rozmiaru uploadowanych zdjęć na fotosik)





Tak więc za cel obrałem sobie
Argentine Mine and Mill. Kopalnia i młyn, których nie ma na mapach, bo... no właśnie nie wiem, ale pewnie dlatego, że była czynna jeszcze w latach '70 no i szyby nie są zasypane i wszędzie można wejść. Niby są kłódki itp., ale to żadna przeszkoda :p

Lewy tunel pod Nigger Baby Hill (fajna nazwa :>)

Prawy tunel pod Black Hawk Mountain:

Niezbyt zachęcająco wygląda... ale jakbym miał latarkę i kalosze to bym tam wszedł :>

przesłanie ruin:


złom, złom, tony złomu:


wnętrze silosu (?)


Nieopodal jest "stacja" osbioru od Tramwaya... tzn. transportowano na tych linach rudę z kopalni wysoko na stoku po przeciwnej stronie doliny.

;o

W przyszłym tygodniu jednak dostanę day off :> więc mam zamiar obejść szczyty na wschodzie... The Last Great Hike. Dolores mtn->Whitecap mtn->Blackhawk mtn-> Hearts Peak.

A później koniec pracy i pewnie od razu polecę do Austin, TX. Jeśli nie, to najpierw do Albuquerque. A potem pewnie Mexico.


the last hike

28.09.2011 :: 02:47 Komentuj (2)

A więc poszedłem z samego rana na Whitecap mountain. Jako że nie ma na tę górę żadnego szlaku to trzeba kombinować. W sumie z każdej strony stromizna i trzeba się wspinać. No ale jakoś sobie poradziłem, chociaż odpuściłem sobie włażenie na inne okoliczne szczyty.

pożegnalne zdjęcie Rico:


Dolores mtn po drodze:


nie wiem co to #2:


whitecap mtn:


"ścieżka" na szczyt:



widoki ze szczytu:




znudziło mi się na razie chodzenie po górach.

za tydzień do Teksasu, a potem Mexico :>

going south

04.10.2011 :: 04:15 Komentuj (8)

a więc kończy się pewien etap. Dzisiaj pożegnałem się z ludźmi z pracy, dogadałem szczegóły odnośnie mojego przylotu do Teksasu z Margaret i już tylko czekam na wylot. Rano Eamonn da mi ostatnie paychecki i podwiezie na lotnisko w Cortez. I koniec przygody z Colorado ;( Ale jeśli wrócę do usa, to nie wyobrażam sobie nie przyjechania tutaj znowu. I teraz znowu muszę iść na studia żeby móc wyjechać i pracować legalnie w usa, lol.

tak wygląda Rico Hotel od środka:






a to dobre piwa:

dos equis jest ok, true blonde też, a Modelo to najlepsze meksykańskie piwo jak dotąd :p

anyway, jutro Texas! Trzeba się przygotować na mega upał ;o


10.10.2011 :: 05:18 Komentuj (0)

postaram sie nadrobic zaleglosci ;p ale bez fot na razie będzie.
Przyleciałem se we wtorek do
Austin... samolot się spóźnił ofkors, a nie miałem jak się
skontaktować z Billym i Margaret. No ale jak odebrałem bagaż to postanowiłem zadzwonić ze swojej polskiej komórki do Billiego (co oczywiście zeżarło całą kasę z mojego konta). Jak się okazało był już w drodze. No więc zanim mnie zawiózł do domu to zrobił kilkugodzinną rundkę dookoła centrum. Byłem pod wrażeniem - w
tym mieście nawet w środku tygodnia nie można się nudzić - po prostu bar przy barze, klub przy klubie. W dodatku mega ciepło, więc sporo miejsc swoje zagrody/ogrody/dachy otwarte miało. Anyway, Billy mnie zapoznał z Kayvonem, gościem z jego pracy. Miał mnie zabrać out na miasto wieczorem w środę. Billy to ciekawa postać. Zna
wszystkich. Np. poszliśmy do mega sklepu z płytami, i mnie przedstawił właścicielowi o.O
Poszliśmy do sporej księgarni, największej w Austin i mi powiedział, że on ją założył, ale sprzedał w latach 70. lol

w każdym razie z Kayvonem i Amelią (miłą meksykanką) połaziliśmy w środę po fajnych miejscach. Miło posiedzieć z piwem na świeżym powietrzu i posłuchać muzy na żywo. Austin jest mega miejscem na takie rzeczy. No i było awesome. Na drugi dzień rano byłem umówiony na hike z sąsiadami Billiego. Pojechaliśmy na taki szlak zaraz za miastem, wzdłuż (obecnie) wyschniętej rzeki. Poza tym trochę pochodziłem po centrum i w piątek pojechałem do San Antonio na 1 dzień. Nie ma tam za wiele atrakcji. Może poza River Walkiem - czymś co przypomina Wenecję - po 2 stronach rzeki w środku miasta są takie jakby chodniki. Jest to pod głównym poziomem miasta, i są tam restaruacje, bary itp. klimatyczna rzecz. No i oczywiście zwiedziłem słynne Alamo. Nic ciekawego :/

Na wieczór poszedłem na oktoberfest do niemieckiej miejscówki... kupiłem browar, popatrzyłem po miejscu i se pomyślałem: ok, spadam stąd. Niemiecka wiocha, niemieckie disco polo z głośników i niemieccy emeryci :/ Na szczęście spiknąłem się z grupką kolesi pochodzenia meksykańskiego - fanów bundesligi lol. Ciekiawie z nimi było, lol. W każdym razie jeszcze tego samego wieczora miałem autobus do Meksyku. Tak jakoś wyszło że byłem naczopiony ;p i bym się oczywiście spóźnił, ale mnie kolesie podwieźli na stację... A przekraczanie granicy i Meksyk to już inna historia... ;x



meksyyyk

13.10.2011 :: 02:21 Komentuj (3)

a wiec jako ze z tymi meksyko-amerykanami dobrze mi sie siedzialo i gawedzilo to sie opilem piwa. Na szczescie mnie podwiezli na stacje autobusowa. Podroz byla tragiczna - leb mnie trzaskal, kac, no i dlugo to wszystko trwalo. Na granicy wchodzi koles do busa i i sprawdza paszporty - mi powiedzial ze musze wysiasc i isc do biura migracion. No to poczlapalem tam, dalem im paszport, powiedzialem pare slow, na ile zostane w Meksyku itp. Jakas godzine pozniej, czyli 100 metrow dalej (mega dlugo to trwalo, bo duzo autobusow przyjechalo) wszyscy musieli wyjsc z busa i ze swoim bagazem przejsc przez kontrole. Mojego na szczescie nie sprawdzali.
Gdy wyjrzysz za okno autobusu i widzisz tam facetow w kamizelkach kuloodpornych, w kominiarkach i z m-16 w lapach to wiedz ze jestes w Meksyku :p Normalnie wszedzie na polnoy kraju jezdza takie pickupy policyjne z mala armia na pace heh.
W kazdym razie za granica krajobraz sie zmienil, zrobilo sie brudno, ale tez kolorowo. Jak dojechalem do Monterrey to troche taki przestraszony bylem - jedyny bialas w okolicy lol. Ale jednak jest bezpiecznie, o ile sie nie wychylasz. I tutaj tez pierwszy raz sie przekonalem jak do dupy jest nie znac lokalnego jezyka. Jakie to frustrujace! arghhh. Mam teraz przyspieszony kurs hiszpanskiego. That`s good :>
Na stacji kupilem karte telefoniczna (w tym kraju jeszcze sa automaty na karte, i to bardzo popularne) i zadzwonilem do Oscara - kolesia z couchsurfingu ktory mial mnie goscic na 2 dni w Monterrey. I.. wiecej wkrotce, jestem teraz w kafejce internetowej w Mexico city i zaraz wybywam do Oaxaca...

Mexico c.d.

18.10.2011 :: 15:41 Komentuj (0)

a wiec zadzwonilem do Oscara i zaproponowal ze mnie odbierze z dworca. Tak tez zrobil. Przy okazji poznalem jego matke, ktora tez na szczescie po angielsku mowila. Zawiezli mnie do domu i zjadlem wtedy najlepsze taco w moim zyciu (oczywiscie najlepsze do tamtego momentu). Poszedlem spac bo bylem zniszczony po podrozy, a potem z Oscarem pojechalismy na miasto. Na prawde fajny jest Meksyk noca. Kluby i bary maja swoj sielankowy klimat. No i laski... ahhh jakie ladne - gdzie nie spojrzec to jest na czym oko zawiesic; tego mi brakowalo w colorado :p I tutaj tez sie wkurzalem bo prawie nikt po angielsku nmie gadal :/ anyway, w Monterrey wieczorem to bylem atrakcja lokalna - zwracalem na siebie uwage :>

nie czulem sie niebezpiecznie, nikt na mnie krzywo nie patrzyl - wrecz przeciwnie, raczej z usmiechem ludzie podchodza do bialasa wygladajacego jak Amerykanin :p Chociaz przypuszczam ze sa miejsca z ktorych zywy bym nie wyszedl. Inna sprawa jest taka ze Oscar mieszka na zamknietym osiedlu - normalnie jak wiezienie - maly domek, kraty w oknach, ciasna zabudowa. Takie lokum wyzszej klasy sredniej w Meksyku.
W niedziele trzeba bylo odespac sobotnia noc. Potem pojechalismy do centrum i troche po nim pochodzilismy. Lubie klimat Meksyku. Jest lajtowy, przyjazny i imprezowy heh. Az chce sie tanczyc przy muzyce z ulicy.
W poniedzialek wzialem taksowke na dworzec autobusowy i kupilem bilet do DF. Niedrogo bo bilety autobusowe sa tanie. Za wygodny bus jadacy 12 godzin placi sie jakies 100zl. Fotel jest wygodny, mozna go rozlozyc, puszczane sa filmy na ekranach - lux. A to tylko 1 klasa, jest jeszcze deluxe :p

teraz juz jestem w Palenque, a jutro bede juz w Belize. W Belize do przyszlego tygodnia a potem z powrotem na Jukatan i luz. 1 listopada mam lot do Polski...

Mexico Distrito Federal

20.10.2011 :: 16:01 Komentuj (4)

Tak wiec pozno w nocy dojechalem do najwiekszego miasta na swiecie. Nie kombinujac za duzo (jeszcze ze strachem w glowie po tych wszystkich ostrzezeniach i strasznych opowiesciach o przestepczosci w tym miescie) posluchalem niezawodnego przewodnika Lonely Planet i kupilem bilet na taxi i pojechalem do hotelu w centrum. Taniocha - 170peso (jakies 40zl) za wlasny pokoj z lazienka.
Dygresja - w Meksyku, w wiekszosci hoteli zuzyty papier toaletowy wrzuca sie do kosza kolo kibla, zamiast do klopa. Why? No bo rury sa cienkie i sie zapchaja w przeciwnym razie, lol.

Nazajutrz wyszedlem na miasto, uprzednio chowajac w sejfie w pokoju wszelkie wartosciowe rzeczy ;p pochodzilem po centrum, obejrzalem pomnik papieza (naszego papieza oczywiscie), ruiny indianskie i muzeum w Templo Mayor. Zarcie w z ulicy wzialem - mega dobre! koles z koszyka wyciaga cieple tortille i lycha wrzuca na nie co sie chce (np.: frijoles - fasolka - the best, albo chicharron - smazona w oleju swinska skora czy cos - nigdy tego nie sprobuje ;p). Kosztuje takie 1 taco 4peso - 1zl :p zeby sie najesc starcza 3.
Co do cen w Meksyku to wszystko kosztuje tyle co w Polsce. Poza zarciem z ulicy czasami. I noclegami i taksowkami - to jest na pewno tansze.

Anyway, wieczorem pojechalem metrem na lotnisko odebrac Przemka (kolesia z ktorym przez internet sie umowilem na wspolne zwiedzanie Meksyku). Metro jest najlepszym sposobem na przemieszczanie sie po miescie. Stacje sa tak rozmieszczone ze wszystko jest w zasiegu marszu. Przejrzyscie oznaczone i latwe w nawigacji. Kosztuje 3peso czyli nawet nie zlotowke. I za te 3 peso mozna do kazdego miejsca w miescie dotrzec... Podobno jest niebezpieczne... nic groznego tam nie widzialem. Troche zatloczone (tzn w godzinach szczytu wszyscy jak sardynki w puszce stoja), co stacje wsiada jakis sprzedawczyk, ktory krzyczy (reklamuje) swoj produkt. Najgorsi sa tacy co sprzedaja plyty z muzyka i puszczaja ja z glosnika w plecaku, lol.

No wiec odebralem Przemka z lotniska i sie udalismy z powrotem do hotelu. Na drugi dzien pojechalismy do Teotihuacan - takich tam piramid za miastem. Wiecej pozniej napisze.
//pojechalismy wczoraj do Belize City. Po 30 minutach wsiedlismy w pierwszy lepszy autobus do Meksyku. Mordownia po prostu, strach wyjsc z "dworca". Nedza, slumsy i beznadzieja. Nastepnym razem od razu pojade na wyspy na Karaibach albo w glab kraju, do dzungli...



***

Links:






Archiwum:



2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj



Szablon wykonał: Htsz, pobrano z: Szablony.Blogowicz
autor zawartości bloga: sveg
powered by Blogowicz.info