back to eu

13.11.2013 :: 17:14 Komentuj (0)

W sumie nawet nawet zapomniałem, że było halloween w dzień wylotu. Na lotnisku w Limie wszystko było wystrojone i łaziły jakieś przebierańce.


Poza tym utknąłem ze stówą Soli. Nie wymieniałem od razu, bo myślałem że może coś kupię przed wylotem, albo wymienię na koniec. Ale po przejściu przez kontrolę bezpieczeństwa, czyli punkt bez powrotu, nie było żadnych kantorów ani nic. :F co za ciule. No ale nie kupowałem nic, bo drogie wszystko i myślałem że w Sao Paolo na lotnisku se wymienię. A w Sampie dupa - też nie było kantorów. Beton. (Na heathrow nie słyszeli w ogóle o takiej walucie :F)

Lot przez Ocean (6 raz nad Atlantykiem przeleciałem i go nie widziałem jeszcze) był ciulowy. Jak takie niewygodne fotele mogli dać? Na szczęście samolot nie był zapełniony i obok mnie było miejsce, więc się mogłem rozwalić lepiej. Poza tym na początku lotu obsługa przeszła po samolocie z otwartymi puszkami jakichś robalobójczych sprejów, bo niby takie wymagania angole mają jak się do nich przylatuje z Brazylii. Ciekawe. Do tego nie można przywozić żadnych owoców, nasion itp. Ja miałem w torbie pełno kakaowych rzeczy, ale jakoś przemyciłem :>

W Londynie i okolicach było spoko, już się tam czuję jak u siebie. Po jednonocnej wizycie w dawnej pracy zatrzymałem się na 2 noce w hostelu/pubie, w którym pracował znajomy Węgier, z którym pracowałem w Finlandii. Więc 3 noce z rzędu pijaństwa. Ten hostel był bardzo tani więc niektórzy imigranci się tam zatrzymują na miesiąc albo dłużej, zanim nie znajdą pracy i potem mieszkania. Dużo dziwnych ludzi bez pieniędzy, którzy na litość próbują zostać na "jeszcze jedną noc" albo chociaż prysznic itp. To nie jest hostel jak inne hostele. Na tej samej ulicy  jest z 5 polskich sklepów, sporo arabskich, rumuńskich (rumuni od 1 stycznia legalnie będą mogli przyjeżdżać do pracy do uk, więc pracy na najniższych stanowiskach nie będzie w przyszlym roku, bo zaleją po prostu kraj). W sumie to na oko połowa Londynu to imigranci.

Potem mnie czekał lot do Kopenhagi i noc na lotnisku. Kiepskie lotnisko do spania. Zimne i niewygodne ławki. Oslo było lepsze o wiele. Rano lot do Sztokholmu i Kiruny. W Kirunie okazało się, że moja torba nie przyleciała ze mną :F Została w Kopenhadze. Ale pani na lotnisku powiedziała, że jutro o tej samej porze przyleci i taxi przywiezie. Taxi 200km w jedną stronę. No ale Norwegian płaci hehe. Mój bilet nie był wart tej taksówki, nie mówiąc o bagażu wartości z 50euro, lol.

Oczywiście zima w Laponii już jest.

Następny trip: trekking w górach Peru + dżungle i szamani. Albo USA/Mexico. Albo gdzieś indziej, byle w Amerykach.

No i czas na nowy aparat. Licznik w canonie pokazuje ponad 6000 zdjęć, ale więcej w ciągu 4 lat zrobił. wihajster od zoomu już się zacina. Makro prawie się nie da robić, bo aparat nie chwyta ostrości tak jak kiedyś. No i balans bieli też tak jakby się pogorszył. Zdjęcie wychodzą gorzej, albo mi się wydaje. Aż się nauczyłem bawić ustawieniami wszystkimi, ale niewiele to daje.
Lustrzanki nie chcę jednak z jednego powodu - wielkość. Takego kloca nie da się schować do kieszeni, tylko trzeba paradować z nim na szyi i kusić złodziei (w Ameryce okazja czyni złodzieja). Chyba że jak Cejrowski bym oblepił go czarną taśmą... Do tego waży 4 tony i zajmuje pół plecaka. 
Na oku mam Canona sx230 hs, no ale się zobaczy.

Lima

12.11.2013 :: 16:49 Komentuj (1)

W Chiclayo chciałem zobaczyć 2 muzea z masą skarbów i artefaktów, ale jedno z nich było nieczynne w poniedziałek. No ale to drugie było niezłe. Sporo złota.


Na wieczór wziąłem nocny bus do Limy. Tym razem najbardziej luksusowy Cruz del sur, więc się nawet wyspałem. W Limie zatrzymałem się znowu w szarym centrum. Ale pojechałem na klify nad wybrzeżem, do dzielnicy Miraflores. Zupełnie inny klimat. Wszystko takie bogate i czyste. Masa sklepów, turystów, drogich restauracji itp.

Miraflores:






Ale głownym moim celem było Choco Museo. Taki mini sklepik z mini muzeum, gdzie jest pokazane jak rośnie kakao, różne dane itd. Do tego jest kawiarenka. "Fabryka" czekolady jest na miejscu i widać jak oni to tam robią. W sumie proste. Sam mogę nawet zrobić czekoladę z ziaren które kupiłem. Wystarczy upiec ziarna, zmiażdżyć je i z pasty jest czekolada :E Można tam kupić też różne czekolady (wszystko robione ręcznie na miejscu), ziarna kakao (na które dawno polowałem, bo to jedne z superfoods, czyli o mega wysokiej zawartości składników odżywczych), herbatę kakaową (bardzo dobra, a to tylko łuski ziaren zalewane wodą!) i inne takie. Ziarna kakao są mega gorzkie, ale można się przyzwyczaić. Są nawet jak antydepresanty; koleś w sklepie mówił, że po pracy zawsze mają dobry humor, bo wpieprzają te ziarna. Inny koleś to był francuz i coś tam po polsku umiał nawet powiedzieć, bo mieszkał z Polakami kiedyś. I wybiera się niedługo fo znajomych w Polszy. Do Poznania. mały świat, lol.

kakao




proper organic chocolate

back to Peru

10.11.2013 :: 15:09 Komentuj (0)

Z Puerto Lopez pojechałem prosto do Quayaquil i od razu mi się udało złapać busa do Peru. Niestety tylko do Mancory. No ale trudno. Obliczyłem, że będę w Mancorze w środku nocy, ale to przecież miasteczko plażowo wypoczynkowe i cały rok jest ciepło więc nie powinno być problemów ze znalezieniem noclegu.


Przekraczanie granicy było tym razem dłuższe. Jakieś ciapaki nie ogarnęły sytuacji i nie poszły chyba wcale do podbicia paszportu. Tak więc już mamy odjeżdżać, a tu kierownik autobusu mówi, że mają wysiąść. Oni w ogóle nie rozumieli co się dzieje chyba i nie chcieli wyjść. Przyszli policjanci i im kazali wyjść z bagażami. No i potem czekaliśmy na nich ze 2 godziny. Pewnie nie mieli wizy i chcieli się po cicho przedostać, lol. Kolesie obok mnie w autobusie mówili też coś o płaceniu policji czy coś ale nie zrozumiałem dokładnie. No ale tak czy srak pojechaliśmy bez nich w końcu.

W Mancorze nie było wielu ludzi, ale znalazłem jakieś tanie hospedaje na głównej ulicy. I to bardzo tanio - 30 soli za własny pokój. Chociaż bez ciepłej wody. Rano chciałem jak najszybciej znaleźć autobus na południe, do Chiclayo. Ale tylko znalazłem nocny i to taki tani, bez klimatyzacji ani niczego. Tak więc na cały dzień utknąłem na plaży. Woda trochę zimna ale ludzi nie za wiele. Karaiby i tak najlepsze.

W Chiclayo znowu byłem w środku nocy. Znalazłem jakiś tani hotel w przewodniku i kazałem tam jechać taksówkarzowi. Coś tam mi mówił, że to niedobre miejsce, że zna lepsze - ale wiadomo że to zwykłe naganianie dla prowizji.

W Chiclayo trafiłem na procesję oczywiście. Takie mini boże ciało.


se pomyślałem - jest niedziela więc to normalna sprawa.
Ale w poniedziałek kolejną procesję widziałem. Tym razem Senor de los milagros. Jakieś grubsze święto to musiało być, bo wszędzie plakaty z tym widziałem itp.



Selva

06.11.2013 :: 11:45 Komentuj (1)

Tak więc rano spod hostelu odebrał mnie samochód. Zawieźli mnie do jakiejś wioski za Puerto Lopez. Tam spotkałem przewodnika - młodego chłoposzka, który po angielsku nie mówił, lol. Więc jakoś musiałem próbować go rozumieć po hiszpańsku. Co jest o tyle trudniejsze, że Ekwadorski akcent jest trudny. Nie wymawiają słów do końca i tak beblają.


No więc ruszyliśmy do dżungli. Początek szlaku jest turystyczny, z niektórymi drzewami opisanymi. Ale później już jest czysta dźungla ze ścieżkami błotnymi.


Tam chyba połowa roślin jest przydatna. Albo daje owoce, albo ma lecznicze właściwości.


jakiś niedojrzały owoc. Twardy jak kamień.

jakiś kwiat:

jakieś owoce:

jakiś zgnity owoc:



to było coś co rosło przy ziemi. Jak się rozłupało maczetą, to można wypić tą galaretkę; podobne do mleka kokosowego




wiedziałem, że pomarańcze będą, ale jak zerwałem takie mniejsze zielonkawe kulki to się okazało, że to mandarynki. Od europejskich mutantów różnią się tym, że są smaczniejsze i mają o wiele więcej pestek.

tak wygląda drzewo mandarynkowe:

pomarańcze:

nie pamiętam jak to się nazywa, ale ten biały mech można zlizać i smakuje jak banan, lol:

Poza tym po drodze było widać różne dziwne ptaki - tukany itp. Szukaliśmy też małp, ale niestety nie znaleźliśmy. Aż takiego błota to nigdzie nie widziałem - wsysa jak ruchome piaski.

Po powrocie zjedliśmy obiad w czyimś domu, tzn kobitka ugotowała w swoim domu. Widocznie agencja jej płaci.

Następnym razem muszę jechać do amazońskich lasów, tam musi być dopiero ciekawie :>

Ekwador

28.10.2013 :: 22:33 Komentuj (1)

Z Trujillo wzialem bezposredni autobus do Guayaquil w Ekwadorze. Cruz del Sur niestety ma tylko 4 kursy tygodniowo, wiec wzialem niby druga najlepsza firme - Ormeño. Bus sie oczywiscie spoznil, bo jechal z Limy. Tak wiec jakos o 1 w nocy mialem wyjazd. Nie ma luksusow, siedzenia takie zwykle jak w pks´ach. Mimo ze byl spory i dwupietrowy. Oczywiscie zadnego jedzenia ani kawy nie dawali, no ale w koncu tani byl bilet. 


Tak wiec nad ranem bylo przekraczanie granicy. Bez problemow. Autobus podjezdza pod budynek i wszyscy ida do niego. Tam jest taka dluga lada i za nia 2 stanowiska Exiting Peru i obok 2 stanowiska Entering Ecuador. Najpierw trzeba ''wyjsc'' z Peru, tzn dostac pieczatke, a potem wejsc do Ekwadoru. Zwykla formalnosc. Niedaleko za granica jest tez kontrolam czy sie nie wwozi jakiejs kontrabandy. Tzn. nie przeszukuja autobusu. Najpierw go skanuja mega mobilnym rentgenem. Niezly sprzet. Ciezarowka z takim skanerem na ramieniu jedzie wzdluz autobusu i go przeswietla. A potem jak sa watpliwosci to sprawdzaja dany element. Trzeci swiat, ehe. Przy wjezdzie z Belize do Meksyku bylo za to spryskiwanie i dezynsekcja autobusu. Nie ma otwartych granic.



Tak więc po przyjeździe znalazłem jakiś hostel (nie miałem żadnego przewodnika, tylko w internecie na szybko znalazłem sobie info o Ekwadorze). W Ekwadorze walutą jest dolar amerykański! Nie wiem jak to działa, ale jakoś działa. Co ciekawe, ceny są wyższe niż w Peru. Poza tym monety mają swoje. Tzn. amerykańskie też są w obiegu (nigdy w usa nie widziałem monety 1$, widocznie dlatego że wszystkie są w ekwadorskim obiegu, lol), ale więcej jest drobnych centivos ekwadorskich. Dziwna sprawa.

Rano wziąłem autobus do Puerto Lopez. Jakieś angole w Peru mi powiedziały, że to fajna wioska i nie ma za wielu turystów. Na miejscu okazało się, że pogoda jest ciulowa - trochę padało. Więc na wszystkich ulicach mega błoto. Tylko głowna była asfaltowa - reszta błotna. 





Znalazłem tani hostel (?) a w sumie taki zbiór chatek. zapłaciłem bodajże 15$ za swoją. Było to naprzeciwko plaży. Poszedłem też coś zjeść - jedzenie normalne ceny miało. Szczególnie warto kupować morskie rzeczy, bo są świeże. Ba - w restauracji widziałem jak dostwa kur przyszła. Koleś 3 żywe kury wniósł do restauracji, trzymając za nogi, i sprzedał właścicielowi. Już bardziej świeże nie może być jedzenie lol.

Zamówiłem sobie omlet z krewetkami.  Dostałem mega danie na tacce

nie da się zjeść całego. W Ekwadorze jest też najtańsze piwo jakie gdziekolwiek widziałem. Duża butelka kosztuje w sklepie 35 centów! Tak więc w restauracji za świeży sok z papaji, omlet i mega piwo zapłaciłem jakieś 9dolarów. Good deal. Oczywiście restauracja rodzinna, z plastikowymi krzesłami i ubitą piaskową "podłogą".

W hostelu kupiłem też wycieczkę do dżungli na drugi dzień. Generalnie główną atrakcją są wyprawy na ocean, na "Galapagos dla ubogich", śa tam żółwie, ptaki itp. Po drodze zimą można tam też jakieś wieloryby zobaczyć. Ale ja tam nie lubię oceanowych atrakcji.

Ruiny

27.10.2013 :: 02:22 Komentuj (0)

Jeszcze rano w Trujillo kupilem 2 toury. Jeden na popoludnie do El Brujo, a drugi na caly dzien do Huaca de La Luna y del Sol, Chan Chan i Huanchaco. Pierwszy byl ciekawszy. 


El Brujo to ciekawy kompleks. Jest to od zawsze swiete miejsce dla wszystkich kultur. Czczono tutaj ocean i boga gor. Jest tam kilka swiatyn, w sumie niedawno odkrytych, ale tylko jedna z nich, ta w ktorej znaleziono mumie krolowej, jest dostepna poki co dla turystow. Nawet hiszpanie zbudowali tam kosciol, wiec dla kazdej cywilizacji bylo to miejsce kultu. Byla to taka mekka dla calego Peru.





W muzeum jest sporo artefaktow, no i sama mumia. Slady wszystkich kultur z Peru sa tam obecne. Ale najwiecej jest Chimu.


Drugi tour byl slabszy, troche przereklamowane jest to cale Chan Chan - najwieksze miasto prekolumbijskiej ameryki. Mieszkalo tam 70-90 tys. ludzi. wiekszosci budowli juz nie ma, a do zwiedzania jest tylko palac i jedna Huaca - taka swiatynia.

Najpierw jednak jest wycieczka do Swiatyn slonca i ksiezyca. Nalezaly o kultury Moche o ile pamietam. Dwie swiatynie, a po srodku dolina z miastem.






peruwianski pies, bez siersci:


Jakas tam Huaca, czesc Chan Chan:





mobilny sklepik:

Chan Chan:



Trujillo

26.10.2013 :: 21:46 Komentuj (0)

Tak wiec na drugi dzien wrocilem do Iki i wzialem autobus do Trujillo z przesiadka w Limie. I rano nastepnego dnia bylem w Trujillo. Miasto ma niby najladniejsza Plaze Mayor w calym Peru. Faktycznie, ejst mega czysto i ladnie. Nawet chodnik sie blyszczy. Jako ze byla sobota rano to pustki na ulicach. Ale po jakiejs godzinie zobaczylem parade. Parady to nic niezwyklego, w prawie kazdym wiekszym miescie sa jakies w kazdy weekend. O co w tej chodzilo to nawet nie wiem, ale same dziecioczki szly.





tak wyglada typowa restauracja localesow z dobrym i tanim zarciem:





Huacachina

26.10.2013 :: 21:37 Komentuj (1)

Wzialem nocny autobus do Iki, zeby zobaczyc oaze Huacachina. Ica podobno nie jest zbyt bezpieczna i ostatnio jak bylem w drodze do Nazca to sie nie zatrzymywalem tam, bo bym w srodku nocy musial szukac noclegu. Anyway bylo za wczesnie zeby jechac i sie meldowac w hostelu, wiec pojechalem do muzeum w Ice. Mieli tam przedstawione wszystkie kultury jakie sie przewinely przez region. Od prehistorii po Inkow. Na wystawie byly tez mumie, czaszki itp. Bardzo dobre eksponaty. Warto od tego muzeum zaczynac podroz po poludniowym Peru.


Zjadlem tez sniadanie w jednej sokowni. Tzn. zamowilem sok z papaji (najbardziej popularny sok w calym kraju. a papaje tutaj maja wielkosc arbuzow, a nie takie male gowna jak sprzedaja w eu) i dostalem plastikowa kwarte z sokiem i szklanke. W sumie prawie litr soku za 3 sole! Rekord taniosci. Ica slynie z tego ze mnostwo w okolicy plantacji i winiarni.

Pozniej wzialem taxi do Huacachiny. Malutka osada wokol malej laguny otoczona wysokimi diunami. Niesamowity widok. Na diuny mozna sobie wejsc bez problemu. Mozna tez kupic sobie jazde w dune buggies. Nie kosztuje to duzo, ale nie daja kierowac. Poza tym mozna zjezdzac na deskach z diun. Kilka sekund.






wejscie na szczyt zajmuje ze 20 minut. Ciezko sie chodzi po takim piasku







woda na pustynii






Arequipa

26.10.2013 :: 19:01 Komentuj (0)

Jak wrocilem do Arequipy to poszedlem do meksykanskiej restauracji. Byla ona doslownie pod hotelem. Czekam na jedzenie i nagle przyszla tam jakas glupia stara irlandka. Spytala mi sie o hotel, czy jest ok i tani. A po chwili sie dosiadla i zaczela gadac o wszystkim, o Peru, czemu taka bieda, o Irlandii. O tym ze z mezem ma firme budowlana i zatrudniaja sporo polakow i w ogole takie pierdoly, ze imagranci przyjezdzaja i na zasilkach siedza. Nie chcialo mi sie w ogole z nia gadac. Jedzenie bylo oczywiscie mega dobre, tylko ta baba mi pieprzyla ciagle jakie farmazony i nie moglem sie nacieszyc nim :F nigdy do irlandii nie pojade, co za upierdliwi ludzie.


Na drugi dzien pochodzilem troche po Arequipie. Jest to kolonialne miasto wiec wyglada nudno i europejsko. Same kamienice i koscioly. Poszedlem tez do Muzeum Juanity. Juanita to cialo dziewczynki, ktore znaleziono w oolicach krateru jakiegos wulkanu. Zimne warunki zakonserwowaly ja w niemal idealnym stanie, poza twarza, bo jej grob sie zawalil i sturlala sie po zboczu i slonce jej wysuszylo twarz. Przeszla ona z Cuzco zlozyc sie w ofierze na szczycie wulkanu i byla z wysoko postawionej rodziny. W okolicy znaleziono tez inne ofiary z dzieci. Wszystko z czasow Inkow. Tak wiec z muzeum oglada sie na poczatku w polmroku artefakty z tych grobow, a na koncu sie przechodzi do sali, gdzie w lodowce jest Juanita. W sumie wyglada to troche upiornie. Nie mozna niestety robis zdjec.


plaza de armas:



pani w stroju ma mala lame ze soba, ale ledwo widac:

restauracje na pietrze, an glownym placu:

El Misti:





Potem tylko czekalem na nocny autobus do Iki. Znalazlem tez stoisko z sokiem z ananasa i pomaranczy. Kobita z powykrecanymi artretyzmem palcami wyciska sok. Mix byl piña/naranja kosztowal 3 sole. 

Na ulicach wieczorem i czasem wczesnie rano pojawiaja sie dodatkowe typy sprzedawczykow jedzeniowych. Jednym z nich jest taki z zajzajerem. Tzn. ma na wozku gotujacy sie wywar z jakims zielskiem i obok butelki z roznymi plynami. Juan Carlos mowil ze jednym z nich jest aloe vera.  Poza tym chyba quinua, maca i jakies inne. W kazdym razie miesza sie to wszystko. Pije sie to na cieplo, jest mega zdrowe i calkiem smaczne. No i tanie - 1 sol ino.

Cañon del Colca

22.10.2013 :: 03:25 Komentuj (4)

Jest to drugi najglebszy kanion na swiecie.  Trzeba bylo wstac o 3
rano, zeby rano byc na Cruz del Condor i miec szanse zobaczyc kondory
andyjskie. Nam sie udalo. Przewodnik tez troche o nich opowiedzial. W
calym kanionie jest ich tylko ok 25 i zyja nawet 50 lat chyba. 




kondor

Potem
pojechalismy pod Cabanaconde i stamtad juz poszlismy schodzic w dol
kanionu, co zajmuje jakies 2 godziny. Kanion jest mega gleboki i zadne
zdjecie tego nie odda. W sumie to normalnie sa mega gory po dwoch
stronach rzeki. Nawet osniezone niektore. Tak wiec w mojej grupie bylo kilka ludziow z francji, hiszpanii i holandii. Przewodnikiem byl taki chloposzek Fidel. Mowil ze zeby zostac licencjonowanym przewodnikiem trzeba studiowac 2 lata, nauczyc sie przynajmniej 2 jezykow obcych no i calej historii Peru. Wszystkiego o wszystkich kulturach.









No wiec zeszlismy na dol. Ja sie wyrwalem do przodu i na dole, przy moscie poczekalem. Okazalo sie niedlugo po tym ze Fidel mnie wzial do swojej grupy, a ja bylem przypisany do innej. Agencja po prostu sprzedala mnie innej agencji, ale rano rozne vany podjezdzaja i zabieraja z hosteli wszystkich na wyprawy 1-,2- i 3-dniowe. I dopiero na miejscu sie organizuja. Fidel wylaczyl telefon, a moj wlasciwy przewodnik probowal sie do niego dodzwonic i na mnie czekal ze swoja grupa jak my juz schodzilismy na dol. Tak wiec jest ciulem, bo wiedzial ze nie powinienm byc w jego grupie. No ale na moscie dolaczylem do wlasciwej grupy. 2 hiszpanow, 2 wlochow i 2 angoli no i Juan Carlos - guide. Na poczatku mi powiedzial ze pierwsza ekspedycja, ktora zbadala caly kanion i nim sie przeprawila byla polska. Jak zwykle wszedzie polskie slady :)

No wiec po przejsciu przez most bylo lekkie podejscie, przejscie przez miniwioske (oczywiscie przedsiebiorcze babuszki sa rozstawione w strategicznych punktach i sprzedaja wode i snacki) i przerwa na lunch w jakims mini-zajezdzie? mini-gospodarstwie? w kazdym razie dali zrec (wliczone w cene). Pôtem ruszylismy dalej, zarosnieta czescia kanionu. Wszedzie kaktusy i drzewa avocado. Na kaktusach jest taki bialy pasozyt, taki bialy mech jakby. Jak sie go zbierze i zmiazdzy to sie otrzymuje naturalny czerwony barwnik. Byl z tego mega dobry interes kiedys, zanim cwaniaki z duzych miast nie otworzyli plantacji kaktusow i nie zaczeli hurtowej produkcji. No i sztuczne barwniki tez weszly na rynek. Poza tym kaktusy daja tez owoce "tuna". Sa bardzo dobre. Inny rodzaj kaktusa, taki typowy z westernow - zielony i wysoki - daje podobne owoce, sencallo czy jakos tak. Sa kwasne, ale bardzo bardzo zdrowe. Jak sie zmiesza z pisco to sie dostaje drink o nazwie Colca sour, ktory nie szkodzi watrobie :o

tuna


Anyway, Juan pokazal tez po drodze osniezony szczyt i powiedzial, ze tam mozna znalezc szlak, ktory prowadzi do Cusco. Okoliczni wiesniacy chodzili nim dawniej z lamami towarowymi na handel z jedna prowincja Cusco. 2 tygodnie taka wyprawa. Teraz tez tam jezdza handlowac, ale juz autobusami.




oaza:

babuszka na osiolku



Po paru godzinach doszlismu do Oazy Sancallo. Z okolicznego wodospadu poprowadzono nawet wode do basenow. Ciekawe miejsce. Troche prymitywne. Jest tam w sumie kilka takich lodge`ow. Wszystko zbudowane z glinianych cegiel, kawalkow blach i sztachet. Pradu nie ma, jedynie bateria sloneczna, ktora nagrzewa wode na prysznic i tyle. Ale sa swieczki na szczescie. Zjedlismy kolacje i poszlismy spac. Pokoje nie mialy zamkow. Tzn byly to takie pokoje w szeregowym budynku. Kazdy wychodzil na zewnatrz. Przycisnalem drzwi butami. I dobrze bo w nocy cos probowalo wejsc mi do pokoju. Slyszalem za drzwiami osla chyba, ale tez psa. Przycisnalem drzwi plecakiem. Pies zaczal szczekac. wtf! jeszcze pary razy slyszalem jak cos probuje wejsc. Schiza. A rano zobaczylem psa spiacego pod drzwiami.




bar:


komnata

Jeszcze nie bylo nawet zupelnie jasno jak zaczelismy podchodzic z powrotem w gore kanionu. Byly to mordercze 2 godziny. 2 godziny pod gorke; nie bylo zbyt stromo, ale kurzowo i daleko. Jak tylko wszedlem na gore to sie okazalo ze bylem drugi na szczycie, inne grupy wyszly za nami, albo je minalem po drodze. Szybszy byl tylko jeden hiszpan. Oczywiscie na gorze czekala juz babuszka sprzedajaca prowiant. Kupilem szybko wode, bo skonczyla mi sie z pol godziny wczesniej, a babuszka dorzucila mi banana :D No, a potem pozostalo czekac. Niektore laski wjechaly na gore na oslach, a ostatni byli angole, szli ponad 3 godziny jak nie wiecej. No ale jakkolwiek. Nawet kondory przylecialy w tym czasie, i to dosyc blisko. Potem poszlismy przez kukurydziane poletka do Cabanaconde na sniadanie.

babuszka i jej sklepik:


kondor:



kukurydzowe pola

akurat byl dzien nawadniania!(sprytny system nawadniania maja tam):

restauracja, czyli po prostu jedzenie w jakims chlewie przerobionym pod turystow, gdzie jakas rodzina robi jedzenie:


tak z zewnatrz wyglada; takie lokalne jedzenie w miejscach, w jakich jedza localesi jest zawsze najlepsze:


Stamtad pojechalismy w strone Arequipy. Po drodze zahaczajac o punkty widokowe (na doline Colca, zanim przeksztalca sie w kanion i na wulkany - wszedzie dookola jakies szczyty to wulkany, niektore aktywne). Szosa nawet przebiega przez jeden stary mega krater, ale sie tego nawet nie dostrzega. Po drodze pasly sie tez lamy, alpaki no i nawet zobaczylismy dzikie vicuñie.

zanim Colca staje sie kanionem:


chcialem zdjecia z lama, a babuszka posadzila mi jeszcze orla na glowie:

minitarg. smutna alpaka chce umrzec:


dziewuszka karmiaca owce:

alpaki:

vicuñie:


droga wycieta przez wzgorza:




***

Links:






Archiwum:



2017
marzec
luty
styczeń
2016
2015
2014
2013
2012
2011



Szablon wykonał: Htsz, pobrano z: Szablony.Blogowicz
autor zawartości bloga: sveg
powered by Blogowicz.info